Moja lista blogów

wtorek, 14 maja 2024

Czy znacie Alice Munro ?

Alice Munro, odkąd dostała Nagrodę Bookera w 2009 roku, a potem Nagrodę Nobla w 2013, zaczęła być w Polsce tłumaczona. Wcześniej mało ją znaliśmy. Wtedy stała się moją ulubioną autorką. Przeczytałam wszystkie jej książki, a dużo z nich kupiłam na allegro czy w księgarniach. Przeznaczałam na prezenty dla córek i koleżanek. Uwielbiałam do nich wracać. W zeszłym roku napisałam post Ciotki. Letnia wizyta w 1972. Wspomnienie inspirowane opowiadaniem Alce Munro Pokrewieństwa. Ostatnio rzadko pojawiałam się na blogu. Miałam trochę problemów zdrowotnych i musiałam przyzwyczaić się i zaakceptować nową jakość życia. Nieuchronne procesy starzenia dały znać, a myślałam z naturalną sobie naiwną pewnością, że mnie to nie dotyczy. Teraz jestem aż w Islandii. Córka tu pracuje, wnuczka poszła do szkoły. Przyjechałam ich odwiedzić, żeby zasmakować w islandzkim lecie, które dla nas zaledwie może być porównane z wczesnym marcem, prócz polarnych dni, jeśli by pogodę rozpatrywać. Lubię Alice Munro miedzy innym dlatego, że była z rocznika mojej Mamy, która kiedyś chciała zostać nauczycielką, ale to w końcu ja wykonywałam ten zawód, jak również Mamy synowa, a teraz wnuczka. Jej wojenne reminiscencje i lata potem, chociaż bardzo odmienne od polskich wspomnień, jednakże przypominają mi opowieści mojej mamy. Nie bez przyczyny zabrałam do Islandii książkę Uciekinierka, żebym czytała ja, po raz kolejny, i moje córka, bo obie tak ciągle uciekamy przed czymś. Gdy dzisiaj zobaczyłam informację o śmierci pisarki, zatrzymałam się. Jakbym straciła bliską osobę. Kilka dni temu zmarł syn mojej bardzo bliskiej koleżanki, jeszcze z czasów studenckich. Pamiętam, gdzie był poczęty i znam całe jego życie, prawie jak swoich córek. Ciągle myślę o mojej przyjaciółce i o nieuchronności pewnych losów. Pomyślałam, żeby wreszcie pokazać się na blogu. Mam zamiar opisywać trochę Islandię i moje subiektywne spostrzeżenia. Pozdrawiam wszystkie moje blogowe koleżanki .

poniedziałek, 8 stycznia 2024

Podróżnicze wspominki à propos kolei retyckiej.

Jakiś czas temu byłam na parodniowej wycieczce Expressem Bernina przez Alpy i autokarem. Planowałam od razu coś napisać, bo poczyniłam parę obserwacji, ale miałam mnóstwo innych zajęć. Nie pisałam też nic na blogu, bo zajęłama się wysyłaniem różnych moich wspominek, blogowych przeróbek na konkursy literackie. Czekałam na nagrody i wyróżnienia:) Senioralne uznania i dyplomy miały miejsce. O tym później. Zmobilizowała mnie moja uczennica, która poinformowała mnie, że pisze książkę z mojej inspiracji i ja min.jestem bohaterką. Co za wspaniały noworoczny prezent! Będzie po włosku. Już poczułąm się jak Madame Antoniego Libery. Siadłam i napisałam te wycieczkowe refleksje. Z trudem zdecydowałam się na ten wyjazd. Prawie całe moje dorosłe życie sama sobie organizowałam wczasy i wycieczki. W pewnym okresie życia byłam pilotem i przewodnikiem, zawoziłam małe grupy w różne miejsca, głównie do Londynu, ale też do Barcelony i Paryża. Z kolei ostatnie kilkanaście lat podróżowałam z moim szalonym amerykańskim mężem i nie wyobrażałam sobie jeździć za granicę bez niego. Podziwiałam jego nonszalancję w sensie niefrasobliwej lekkomyślności,nierozważności, takiej młodzieńczej brawury, która była wspaniałym przedłużeniem dawnych beztroskich lat. Tak mi się to podobało na wakacjach, w życiu codziennym już nie. Modne słówko dezynwoltura, tak eufemistycznie odnosi się do niego, szczególnie w powierzchownym traktowaniu innych kultur, co nie jest niestety zaletą. Amerykanie tak mają. Przypadkiem oglądam na Kulturze film Projekt Floryda i przypomniał mi się nasz pierwszy pobyt na Florydzie, gdzie z hotelu w Miami za 500 dolarów za noc i paru innych, nie mniej szykownych na Key West, w dalszej kolejności zatrzymywaliśmy się w szeregu moteli, znanych z filmów, gdzie zdarzały się pluskwy i inne robactwo. A potem znowu do luksusowego Harbours Edge w Delray Beach, gdzie mieszkała jego cudowna Mama. Z nim czułam się jak w filmie, oczywiście amerykańskim, typu film drogi, gdzie bohaterowie żyja czasami ponad stan, a innym razem jako zwykli szeregowi ludzie, ale zawsze jest zabawnie, po prostu extraordinary, brilliant and awesome.
I jak tu jechać na autokarową objazdową wycieczkę razem z innymi 50 osobami? Koleżanka bardzo polecała, dużo podróżuje, ma ogromną wiedzę i jeździ po wrażenia, nie po selfie. Spotkałyśmy się na zjeździe szkolnym, naszym wspaniałym spotkaniu koleżeństwa z podwórka, dwóch szkół własciwie, ale o tym innym razem. Nie byłabym sobą bez egocentrycznej fotki.
I takim sposobem pewnego wrześniowego dnia o 5 rano, po nocy spędzonej u wspomnianej koleżanki Ilonki i na nocnych rozmowach Polaków, wyruszyłam z Krakowa w stronę Czeskiego Krumlova Tak, tego od Heleny Vondrackowej, Malowany dzbanku z krumlovskiego zamku... Namówiłam na wycieczkę moje dwie koleżanki, w podobnym emerytalnym wieku, które do tej pory też wolały wygodniejszyy samolotowy transport, prócz zamierzchłych dawnych czasów, ale wtedy byłyśmy młodsze. Zaopatrzyłyśmy się w poduszki na szyję, odpowiednie skarpety, najlepsze sportowe obuwie i inne akcesoria. Przed nami prawie trzytysięczna droga w obie strony, bo trasa wycieczki wiodła przez Czechy, Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Lichtenstein do Włoch- Sirmione i Weronę. Biuro podróży, nomen omen Arion Senior. Polecam z pełną odpowiedzialnością. Na pokładzie w wiekszości eleganckie pary, i wesołe wysportowane koleżanki emerytki, brak panów z kolegami. Pilotka o urodzie Claudii Cardinale, germanistka, przywitała w nas w gustownej przewiewnej sukni. Cały czas dopisywała nam piękna letnia pogoda. Pilotka również w wieku około senioralnym, bo sama o tym wspomniała. Zachwycała ogromną wiedzą na temat zwiedzanych miejsc, ogromną pasją i miłością do krajów niemieckojęzycznych. Okazywała dużą cierpliwość wobec opieszałych wycieczkowiczów, jednocześnie będąc wymagającą. Wszyscy, prócz losowych historii, przychodzili na czas. Jej fascynacja przypominała mi mojego nieżyjącego męża, prawdziwego germanofila, głownie z racji wykonywanego zawodu. Główną atrakcją wycieczki był przejazd przez Alpy panoramicznym pociągiem Bernina, ze szwajcarskiego, prawie starożytnego Chur do włoskiego miasteczka Tirano.
Upojone grappą przez przystojnego kelnera w pociągu, na kawę, czy zakąski trzeba było czekać, grappa była w mig, zachwycałyśmy się Alpami, które dotąd widziałyśmy głównie z wysokości samolotu. Wagony wąskotorowej kolei retyckiej wdrapują się na wysokość 2253m, a potem zabytkowymi tunelami i spektakularnymi wiaduktami zjeżdża sie w dół do 400m. Widoki zapierają dech.
Aczkolwiek ja bardziej się bałam jechać poprzedniego dnia autokarem, gdy zmierzaliśmy do górskiego hotelu Alpenkonig w Tyrolu na wysokość 1130 m. Kolejnymi ważnymi punktami był Krumlov, Salzburg, Sirmione, jezioro Garda, Verona i Zellersee w Austrii. Zakładam, że miejsca te są wszystkim znane. W czeskiej średniowiecznej architektonicznej perełce poznałyśmy się z Bogusią i Elą. Chłonęłyśmy uroki zakoli Wełtawy czy Ryneczku z widokiem na kościół Św. Wita.
Piłyśmy piwo, a jakże, słońce świeciło, a my tak w skrócie przeleciałyśmy przez nasze życie, przedstawiając się nowym koleżankom. Krumlov to taka miniaturka Pragi, aż nie do wiary,że tak tu kolorowo, radośnie i ślicznie. Zrelaksowane,zadowolone kobiety cieszyły się ze swojego towarzystwa i niezwykłego miejsca.
Podobnie spędzałyśmy czas w innych miejscach. W Salzburgu królował Mozart.
W autokarze otrzymałyśmy mnóstwo wiedzy na temat odwiedzanych zabytków. Na miejscu uśmiechałyśmy się do siebie, szczęśliwe, że tu jesteśmy. Tak około 15- 20 lat temu zazdrościłam Kimowi i jego znajomym. Oni tak beztrosko wspominali pobyty to tu, to tam. A my tacy skoncentrowani, żeby jak najwięcej zobaczyć, bo może tu już więcej nie przyjedziemy, bo tak drogo, bo tak wypada. I zamiast skupić się na radosnym przeżywaniu, to biegaliśmy po wszystkich muzeach, kościołach i zamkach, sklepach z pamiątkami, gdzie taniej. Może i człowiek osiągnął taki wiek, że nie musi gonić i zaliczać? W Weronie siedziałyśmy naprzeciwko Areny i spożywałyśmy smaczny lunch, ale najpierw ulubiony wakacyjny drink, Aperol z włoskim wynalazkiem-prosecco.
Flirtowanie z kelnerem i prosty zachwyt nad sztuką i językiem włoskim, którym mówiłysmy. Zastosowałyśmy zwiedzanie wg Herberta czyli flanowanie,włóczenie się wg perspektyw , a nie przewodników, gapienie się na lokalsów z miłością, picie wina w różnych miejscach, uśmiechanie się do ludzi, rozmawianie z nimi, studiowanie menu itd Sirmione nad jeziorem Garda tak urzekająco piękne, że tylko siąść na lodach i delektować się tą niezwykłością.
A wszystko pod słonecznym niebieskim niebem. Vaduz- wytworne i bardzo eleganckie.
Chur- nudne i bogate. Żarcik, jak mówi moja wnuczka. Dawna rzymska prowincja Raetia Prima i zabytki wszystkich epok. Kunstmuseum przyciąga. Wkoło Alpy i banki oraz zegarki. Bogactwo Szwajcarii. A czas płynie.
Wycieczkę polecam bardzo, chociaż z trudem zniosłam to podróżowanie autokarem, prawdę mówiąc.

piątek, 31 marca 2023

Kamera! Akcja!

Czy oglądacie serial Ojciec Mateusz, który w telewizji polskiej gości już od 14 lat? Artur Żmijewski, tytułowy bohater zrezygnował kiedyś z uwielbianej roli Kuby Burskiego w innym popularnym serialu Na dobre i na złe. W tamtych czasach grał też z Danutą Stenką w hicie kinowym Ja wam pokażę i w wielu innych filmach i przedstawieniach teatralnych. A ja wczoraj obejrzałam Ojca Mateusza, chociaż przez te 14 lat, pomimo mojego ukochanego rodzinnego Sandomierza, nie udawało mi się zobaczyć żadnego odcinka w całości. To dosyć naiwny, uproszczony i przewidywalny serial. Jednak zjednał sobie wielomilionową publiczność. Nawet w małych rolach aktorzy zawodowo podchodzą do pracy, nie wspominając o głównych bohaterach. Ale akurat w środę 29 marca miałam radochę uczestniczyć jako statystka na planie filmowym tego uwielbianego serialu i teraz będę patrzeć na ujęcia innym okiem. Ile to jest pracy, żeby powstał każdy filmowy element. Na zdjęciu operatorzy, wyglądają jak saperzy, tak mi się skojarzyło.
Film odmienił miasto w sposób absolutnie spektakularny, wyrażając to angielskim popularnym zwrotem, może zabrzmi dobitniej? Wcześniej chyba wszyscy w naszym małym świętokrzyskim województwie zasmuceni byli niezwykłą popularnością turystyczną małego Kazimierza Dolnego. Bo co tam jest? Pytaliśmy. Kamienice Przybyłów, dwa kościoły, spichlerze i ruiny zamku, a tout monde tam jeździ. Cała nasza rodzina też tam gnała, bo to najpierw Nałęczów, a potem Kazimierz Dolny, albo na odwrót. A w naszym Sandomierzu tyle zabytków! A nie ma tłumów. Buu.
A teraz cała Polska jeździ do naszego ukochanego Sandomierza pochodzić śladami Ojca Mateusza czy komendanta Możejki. Rozwinęła się cała nowa, bardzo urozmaicona baza gastronomiczna, powstały eleganckie oryginalne hotele, muzea się zmodernizowały. Zabytki są restaurowane.
Miasto zostało pięknie ukwiecone, park oczyszczono, powstały nowe trotuary, elewacje, usługi dla turystów, wszystko, co potrzeba, przynajmniej na potrzeby turystów, ale mieszkańcy narzekają. Mam tam najbliższą rodzinę, coś o tym wiem. Moi rodzice stamtąd pochodzili, a ja nawet tam zostałam poczęta, haha, ale urodziłam się już w Ostrowcu. Ale ad rem. Moja przygoda w statystowanie zaczęła się około godziny 8 rano w środę. Dopisywała wyjątkowo słoneczna pogoda, chociaż dosyć chłodno. Pani z ekipy sprawdziła, czy przypadkiem nie mamy odzieży z nadrukiem firmowym, na butach naklejała znaczki, odzież zmieniała, również to pod płaszczem czy kurtką. Pierwsza scena w kawiarni, rozmawiają dwie bohaterki, statyści siedzą przy stolikach, piją sok, kawę. Łukasz z Kielc mówi, że było więcej kamer niż świateł. Powtarzali kilka razy. Łukasz przyjechał tu z rodzicami, wspólnie z dwoma braćmi stanowią typową rodzinkę.pl. Poznaliśmy się w naszym Hadesie.
Tak nazywamy salę koło kina w Sandomierskim Ośrodku Kultury, gdzie odpoczywamy między zdjęciami. Łukasza rodzice musieli sobie wziąć wolne w pracy, a on sam opuścił kolokwium na studiach. Mówią, że lubią oglądać seriale w niedzielę po południu i niektóre wieczorem, ale starają się nie wciągać w nowe produkcje, bo mają świadomość straty czasu. Ja podobnie. Na śniadanie dostaliśmy bułki z serem, kawę i herbatę do wyboru oraz dużo wody mineralnej. Statyści podzielili się na towarzyskie grupki.
Nasza praca głownie ma miejsce na Rynku, gdzie spacerujemy, stoimy lub siedzimy na ławkach. Ławki są niezwykłe, bo ze szkła termozgrzewalnego, nie nagrzewają się i zawierają cytaty wypowiedzi różnych filmowców. Ja przypadkiem siadłam na ławce z cytatem Wajdy z Niewinnych czarodziei, coś o młodości, żeby została z nami. Przy pierwszych scenach, gdy bohater Nocul rozmawiał z Mateuszem,
połączono mnie z mężczyzną lat około 40, a on mówi, że będziemy udawać matkę z synem. Oburzyłam się:)) Musiałam tak z nim siedzieć przez może pół godziny, bo scena była powtarzana kilka razy. Zmarzłam tak siedząc prawie bez ruchu. Potem ma przerwie rozglądałam się za ciekawszym towarzystwem, żebym znowu nie musiała być matką dla 40-letniego faceta:)) W kolejnym ujęciu spacerowaliśmy na przełaj Rynku, jeszcze z tym samym gościem. Musieliśmy bardzo cicho rozmawiać, chociaż z nim i tak nie miałam o czym, czułe mikrofony wyłapywały dźwięki. Na obiad dostaliśmy zupę tajską lub jarzynową do wyboru z restauracji Thai Food. Obie bardzo smaczne, ale dokładek nie było, chociaż każdy chciał. Po obiedzie rozgorzała dyskusja wśród statystów. Ludzie przyjechali z całego województwa, a nawet spod Łodzi, z Lublina i Rzeszowa. Przekrój społeczny i cywilny. Rozmowy o historii, Ukrainie, wyborach, cenach, polityce. Jeden sandomierzanin, bardzo miły i elokwentny, jakby nauczyciel historii lub przewodnik, nie dało się go przegadać. Inni wesołkowie, w tym postawny przystojniak z Ożarowa, kilka rodzin z dziećmi, nauczycielka z uczniami. Oni się izolowali, bo z dziećmi, to nie bardzo jak żartować na rozmaite tematy. Po południu niby podróż busem, ruszamy, jedziemy, wysiadamy na przystanku i tak kilka razy. Fajnie było obserwować przez okno ludzi, którzy powtarzali swoje spacerowe „kwestie”, lub bohatera, który wysiada z busa, rozgląda się, patrzy na mapę i spotyka się z Mateuszem.
W kolejnych scenach występuje Natalka z zakochanym gościem, daje mu rady jak się ubrać, poleca second hand za rogiem, a potem on sam czeka z kwiatami koło studni na panienkę. Bardzo sympatyczny aktor, ale nie mogłam go znaleźć w obsadzie. Powtarzają znowu kilka razy. Kinga Preis jest znakomita, wysoka, bardzo naturalna. Nie wszędzie możemy robić zdjecia aktorom.
Ja tym razem jako tło spaceruję pod rękę z miłym statystą z Lublina. Z tym mamy o czym rozmawiać. Aż nas uciszają. W przerwie robimy sobie zdjęcia.
I tak minął wesoły dzień statystowania. Najbardziej podobało mi się zawołanie kamera, akcja. Czułam się jak w filmie, bo przecież byłam i będę w filmie. Młodsza, weselsza, energiczniejsza. Filmy to moja pasja od dzieciństwa, bardzo się ciesze, że uczestniczyłam w tej zabawie, kiedyś byłabym pewnie bardziej entuzjastyczna, a teraz pełny stoicyzm. Dzień skończył się miłą sesją zdjęciową, na górze i do zobaczenia na refleksyjnym spacerze.
Ogłoszenia przez megafon przypominały mi wywoływania na obozie harcerskim. A wy jakie macie wspomnienia z Sandomierzem?

sobota, 18 marca 2023

Absolwent i inne oskarowe filmy.

Wróciłam niedawno ze spotkania Towarzystwa Absolwentów mojego liceum. Szykujemy się na zjazd szkolny planowany na wrzesień. Mam wrażenie, że wszystkie, czy wiele elementów składających się na szczęśliwe radosne życie zawiera się w poczuciu bezpieczeństwa i w otoczeniu przyjaznych, dobrych ludzi będących z nami od zawsze. W moim przypadku to sprawdza się doskonale. Moje koleżeństwo z liceum to również znajomości z podwórka, potem podobnych studiów, następnie pracy, związków zawodowych, z nowego miejsca zamieszkania, kolejno rodzice przyjaciół córek, potem wnucząt i tak życie się kręci od urodzenia do odejścia. A w tym wszystkim są zawsze w tle absolwenckie przyjaźnie z różnych etapach kształcenia. Coś ten blogspot mi się dziwnie zawiesza:((
Oskarowy film Absolwent jest z 1968 roku, wyobrażacie sobie? i piosenkę And here`s to You, Mrs Robinson Jesus loves you more than you will know... śpiewamy z duetem Simon & Gurfunkel od 55 lat. Odkąd zrozumiałam słowa tej piosenki, pomyślałam sobie, że są akurat o mnie, jak np God bless you please .. Z pewnością w polskich kinach film ukazał się w połowie lat 70., bo z tamtego okresu go pamiętam. Jak stara wydawała mi się wtedy dojrzała Annie Bancroft i w ogóle nie rozumiałam dylematów Dustina Hoffmana, bo Catherine Ross była tak śliczna. Filmowe Oskary przyznawane są od prawie 100 lat. W czasach współczesnych Oskarowa Gala odbywa się pod koniec lutego lub na początku marca. Odkąd dzielę dom z moim amerykańskim Gospodarzem, a to już blisko 20 lat/can`t believe it/, prawie zawsze z nim oglądam transmisję Gali oraz oskarowe filmy. 3 marca Kim obchodzi urodziny i na ogół często go wtedy odwiedzam, bo normalnie żyjemy w dwóch domach. Dlatego, i tak z trudem, udało się nam przetrwać tyle lat, hehe. Kim jest wielkim miłośnikiem filmów amerykańskich i angielskich. Doskonale pamięta tytuły i aktorskie nazwiska. Lubię oglądać z nim filmy, bo zawsze mi coś opowiada o aktorach lub okolicznościach powstawania danego filmu, o realiach, jeśli akcja toczy się współcześnie. Wspólne oglądanie oskarowych, czy nominowanych filmów odbywało się też czasami w pięknych miejscach i te chwile, oraz filmy wtedy oglądane z pewnością zostają w mojej najmilszej pamięci. Na zdjęciu powyżej Floryda- Delray Beach 2006, jeszcze wtedy paliłam, OMG, ale wychodziło się na zewnątrz. Najbardziej wspominam nominowane filmy Good night, good luck George`a Clooney`a, Spacer po linie/ I walk the line/ opowiadający o życiu Johnny`ego Casha oraz Monachium. Ten pierwszy był czarno-biały i przypomniał dziennikarza telewizyjnego Murrowa z czasów zimnej wojny, który ośmielił się wystąpić przeciwko senatorowi Mc Carthy`emu. Filmy były bardzo poruszające, doskonale ukazywały tamtą rzeczywistośc, zapadły mocno w pamięć. Olimpiadę w Monachium sama pamiętam, a szczegóły zemsty tajnych służb Izraela były szokujące, i też niezwykłe. A tu z plakatem absolutnie kultowego oskarowego filmu. Godfather is my number 1.
Malta 2007, pojechałam wtedy z córką Dominiką, Kim pracował na statku archeologicznym. Filmy oglądaliśmy w kinie i na statku pościągane skądś piracko w tamtych czasach.. Film Infiltracja z doskonałą obsadą zrobił na mnie kolosalne wrażenie, za pierwszym, nawet drugim razem nie bardzo mogłam się połapać w treści, bo miałam problemy ze zrozumieniem. Dopiero z napisami dałam radę. Moi ulubieńcy Mark Wahlberg i Leonardo di Caprio wcielili się w tragiczne losy podwójnych agentów. Dominika oglądała Diabeł ubiera się u Prady z doskonałą rolą Meryl Streep i jeszcze Królowa z Helen Mirren była również znakomita. Na zdjęciu z córką w 2007 roku.
Francja- Beziers 2008, kilka Oskarów zdobył Slumdog, milioner z ulicy. Byłam kiedyś w Indiach, film mnie bardzo poruszył. Najlepsi aktorzy pierwszoplanowi w filmach Lektor i Obywatel Milk, Kate Winslet i Sean Penn są genialni. A lekka komedia Vicky Cristina Barcelona Woody`ego Allena, dzięki Penelope Cruz, Scarlet Johansson i Javier Bardem również stała się kultowa. Wiele jeszcze było wspólnych miłych wyjazdów i oglądań oskarowych gali. Jeszcze krótko chciałabym tylko wspomnieć o ostatnich Oskarach. 7-krotny zwycięzca Everything everywhere all at once nie zafascynował mnie, zbyt hałaśliwy, taki świdrujący dźwiękiem i wirtualny. Fantasy to nie moje cup of tea. Natomiast znany mi dobrze z literatury Na zachodzie bez zmian jest dla mnie wielkim dziełem, a muzyka wspaniała. Jakie wy lubicie oskarowe filmy? Wszystkie są dobre na ogół. Czy są jakieś szczególnie ulubione?

środa, 1 marca 2023

Ciotki. Letnia wizyta w 1972. Wspomnienie inspirowane opowiadaniem Alice Munro "Pokrewieństwa".

Na początku muszę przeprosić, że nie tworzę paragrafów od nowego wiersza, ale blogspot się pozmieniał i nie mogę sobie poradzić. Ojciec miał cztery siostry i jednego brata. Bratowa czyli ciotka Jaśka, rocznik 1925 zachowywała się wyniośle i jej opinie były niepodważalne. Ciocia Andzia, czyli Hanna, była piękna i bardzo miła. Przyszła na świat w 1932roku. Na zdjęciu jako młodziutka dziewczyna.
Ciocię Marysię mało pamiętam, bo zmarła, gdy miałam 8 lat, a ona 40. Wydarzyło się to w 1966 roku. Była chrzestną mojego brata, który z okazji I komunii dostał mnóstwo prezentów i pamiętam bardzo przystojnego wujka, jej męża. Ciocia zmarła w sierpniu, pogrzeb był u dziadków i wszyscy płakali. Potem wiem z opowiadań mamy i wiele razy utrwalanych przez ciotki, że wujek rok po śmierci swojej pięknej żony po raz drugi wstąpił w związek małżeński i miał kolejno troje dzieci. Takie to smutne mi się wydawało przez lata, gdy byłam dzieckiem, potem nastolatką, że tak płakał na pogrzebie, a potem zaraz się ożenił. Wujek Zbyszek Kołodziejski w swoich różnych wcieleniach był podobny do Gerarda Philipe. Na zdjęciu ciocia z mężem kilka lat przed śmiercią.
Ciotka Jaśka, właściwie Joanna, która urodziła się jako drugie dziecko w rodzinie dziadka, wiejskiego kowala w Darominie, wyrosła na skromną i bardzo pracowitą osobę. Zaraz po wojnie wydano ją za mąż za chłopaka z sąsiedztwa. Władek był beztroski, chętny do prostych rozrywek i to ona latami utrzymywała całą rodzinę. Po paru latach podjęła decyzję wyjazdu na tzw. ziemie odzyskane, gdzie wcześniej pojechał najstarszy z rodzeństwa wujek Józek, urodzony w 1921 roku. Walczył w akowskiej partyzantce i bezpieczniej było przeczekać w tamtych rejonach. Po ojcu nazywano go „ Kowalik” i wiele osób nie znało jego prawdziwego nazwiska. Najmłodszą z rodzeństwa była ciotka Zośka, urodzona w 1934 roku, ale zapisana już w kolejnym roku, została odmłodzona o rok kalendarzowy. W dzieciństwie bałam się ciotki, bo krzyczała i zabraniała nam wszystkiego, np. jedzenia czereśni, bo będą nas brzuchy boleć. Nie posłuchałam raz i boleści mnie złapały, również i po zjedzeniu nadmiernej porcji naleśników. Ciotka była konkretna, stanowcza i dużo wymagała od wszystkich. Z tej przyczyny często kłóciła się ze swoim mężem, wujkiem Stachem, który nie był zwyczajny słuchać się swojej żony. Lubił śpiewać Que sera, sera, co będzie, pokaże czas..i bawić się na wiejskich potańcówkach. Na zdjęciu młoda ciocia z mężem.
Na jednej z zabaw mój ojciec zwany Gienkiem, chociaż na pierwsze miał Maciej, poznał siostrę Stacha piękną Wandę i o mało co nie byłoby mnie na tym świecie. Wanda była temperamentna, ale kłótliwa. Fascynacja trwała krótko. Niedługo potem w swojej pracy dzielnego milicjanta w Sandomierzu ojciec przyjrzał się dokładnie swojej koleżance w biurze. I tak moja mama, dla innych ciocia Marysia lub Marynia, ładna i raczej spolegliwa, grzecznie uległa dosyć szybko stała się żoną Gienka. Ślub był cywilny i wszyscy spodziewali się, że małżeństwo było wcześniej skonsumowane, ale się zawiedli. Mój starszy brat nie urodził się na Gody, ale przyszedł na świat miesiąc później. Milicyjne małżeństwo wzięło ślub kościelny razem z chrzcinami swojego pierworodnego syna. Był rok 1955. Na zdjęciu rodzice.
Wszyscy z rodzeństwa w swoim nazewnictwie utrzymali pewną wiejską zwyczajowość nadawania przydomka czy zgrubiałego imienia. Józef był Józkiem, Józwą, „kowalikiem”, Joanna była Jaśką, Maciej był Gienkiem, Hanna Andzią, Zofia Zośką. Na brata mamy, też Józefa zawsze mówiliśmy Józiu. Pewnego lata, które nie było upalne, mój ojciec postanowił odwiedzić swoje rodzeństwo mieszkające w zachodniej części kraju i ruszyliśmy w daleką wakacyjną podróż. Był początek lat 70., gierkowskie zmiany, otworzono wtedy dla powszechnego ruchu granicę z NRD. Pociąg powiózł nas ze Skarżyska do Wrocławia przez Kluczbork, potem do Legnicy, a następnie do Żagania, gdzie mieszkała ciocia Andzia. Ciotka Hanna, nazywana ciocią Andzią w mojej pamięci jest ładną i elegancką kobietą oraz bardzo dla nas uprzejmą. Ciocia jest szczupła i bardzo zgrabna, chodzi w modnych letnich czółenkach na obcasie, ma wtedy 40 lat. Nosi ładne, szyte na miarę kreacje lub kupowane na granicy. Na zdjęciu ciocia Andzia z prawej,jej szwagierka, następnie ciotka Jaśka z Wrocławia oraz ciocia Marysia w wieku ok.30 lat. Zdjęcie robione ponad 60 lat temu, a dziewczyny jakby współczesne.
Rodzina cioci mieszka w poniemieckim czterodzinnym domu z ogrodem, mieszkanie jest duże i gustownie urządzone. Młodszy synek cioci ma mnóstwo zabawek. Z radością pozbywam się swoich 14 lat i chętnie się z nim bawię. Na ojca ciocia mówi Gieniu, na mamę Marysia. Mąż cioci to przemiły wujek Piotruś. Obydwoje pracują w biurze i mają tzw. kierownicze stanowiska, jak to mówiła moja mama. Żagań jawi mi się jako sielskie, szczęśliwe miasteczko dzięki serdecznej i kochanej cioci Andzi. W tamto pamiętne lato ciocia zorganizowała nam wycieczkę do NRD z prywatnym tłumaczem.Tamto wrażenie bycia za granicą, obserwowanie umiejętności przechodzenia z jednego języka na drugi, wielce przypadło mi do gustu. W Żaganiu chodziliśmy do kawiarni, z wizytami do rodziny lub znajomych, zwiedzaliśmy różne zabytki. Urok cioci był wtedy dla mnie zniewalający. A potem życie się potoczyło. Ciocia Andzia zachowała swoją klasę przez wszystkie nadchodzące lata. Wujek Piotruś zmarł w 1984 roku. Przez pewien czas ze swoim drugim mężem mieszkała w Zielonej Górze, gdzie chętnie uczęszczała na zajęcie do UTW, jeździła do sanatoriów i nadal czarowała swoim urokiem i wdziękiem. Ciemna karnacja, naturalny , ciepły sposób bycia zjednywał znajomych i przyjaciół. Ciocia zmarła w 2014 roku przeżywszy 82 lata. Odeszła spokojnie i cicho, zasnęła, mieszkając przed śmiercią u swojej córki Joli. Następnym przystankiem w naszej wakacyjnej podróży roku 1972 był Wrocław, gdzie od końca lat 40. mieszkał brat ojca, wujek Józef ze swoją żoną Janiną.
Poświęcę wspomnienie ciotce Jaśce, która wprawdzie nie łączy się z nami więzami krwi, ale najdłużej została w naszej rodzinie i była skarbnicą wiedzy o nas, oczywiście wg swojej interpretacji. Ciotka Jaśka była wyniosła i zaborcza, nazywana czasami „dziedziczką” z Mazowsza, bo zawsze podkreślała swoje pochodzenie. W tamtych czasach, gdy trwała nasza wakacyjna przygoda, miała 47 lat. Była nauczycielką zawodu, bardzo energiczna, szczuplutka, zgrabna, taka ruchliwa. Ciągle gadała i uważała, że wszystko wykonuje najlepiej. Rodzina zajmowała wygodne, duże mieszkanie niedaleko od dworca, na ulicy Borowskiej. W jednym pokoju stało pianino, na którym grała córka cioci Małgosia, ale wtedy jej nie zastaliśmy i w ogóle przez wszystkie lata dzieciństwa, młodości nie znałam mojej stryjecznej siostry. Poznałyśmy się dopiero w Paryżu, gdy obie zbliżałyśmy się do 40-stki. Ciotka Jaśka z miejsca zorganizowała nam czas, toż we Wrocławiu jest co robić i zwiedzać. Pamiętam mosty i Ostrów Tumski, chyba dlatego, ze nazwa kojarzyła się z naszym Ostrowcem. Ale najbardziej byłam wdzięczna ciotce, że kupiła nam bilety do opery i zobaczyłam Halkę, naszą narodową operę. Już wtedy sztuka najwyższych lotów wydawała mi się bardzo pociągająca. Ciocia Jaśka bardzo lubiła się rządzić, często też wypowiadała niezbyt grzeczne sądy o innych członkach naszej rodziny, jeśli uważała, że zajmują niższą pozycję od niej. Była apodyktyczna i nie znosiła sprzeciwu. W pewnym sensie imponowała mi jej postawa. Jako nauczycielka zawodu umiała też doskonale szyć i podpowiadała mojej mamie, ale nigdy nie dała jej jakichś modnych wykrojów czy katalogów. Była egoistyczna, zapatrzona w siebie i swoją rodzinę. Ale z miłością mówiła o zmarłej szwagierce czyli cioci Marysi, która też mieszkała we Wrocławiu. Wtedy upłynęło tylko 6 lat od jej śmierci. Z lekceważeniem i pogardą wypowiadała się natomiast o mężu zmarłej cioci, który miał nową rodzinę. Akcentowała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, a on niby próbował podtrzymywać kontakty. Wujek Józek, sam wyniosły wobec mojego ojca, jego 7 lat młodszego brata, przy swojej żonie był potulny i posłuszny. Zawsze nazywał ją Jasią. Ciotka w kolejnych latach po naszej podróży była świadkiem wielu dziesiątek lat naszej rodziny i Wrocławia. Bardzo angażowała się w politykę i przemiany społeczne, głównie komentując, a działając, gdy wystąpiła prywatna potrzeba. Przeżyła swojego męża o 30 lat, swojego syna, a nawet francuskiego wnuka, który tragicznie zginął w górach. Do końca zachowała jasność umysłu, despotyczny charakter, wzrok i zręczność. Widziałam się z nią 2 lata przed śmiercią i pokazywała mi kreacje uszyte przez siebie. Zmarła w 2022roku w wieku 97 lat. Następnie pojechaliśmy do Namysłowa. Z tej wizyty najbardziej pamiętam moją siostrę cioteczną Grażynę, śliczną córkę cioci Jaśki. Wstydziłam się jej trochę, była starsza o trzy lata, co w tym wieku było prawie przepaścią. Zabrała mnie samą do kawiarni, a mnie to bardzo krępowało. Ciocia Jasia cały czas pracowała, przynosiła ze stołówki jakieś smakołyki, była znakomitą kucharką, wieczorem piekła ciasto, rozmawiała z mamą w kuchni. Przykro mi teraz, że ta skromna, cicha, spokojna osoba nie utrwaliła się w mojej dziecięcej pamięci. Była zupełnie inna niż jej rodzeństwo. Taka łagodna w obyciu, nie czuła się ważna.
Może zmarła ciocia Marysia była do niej podobna? Nie absorbowała sobą, mówiła cicho, ale mało się odzywała. W poniemieckim domu było dużo pokoi i zakamarków. Intrygował mnie stryszek, na który można się było dostać tylko po drabinie. Weszłam tam zaciekawiona, ale zejść się bałam, bo drabina się ruszała. Miał tam tajemny pokój mój brat cioteczny, starszy ode mnie o 7 lat. Ta różnica wieku już przerażała. Nie pamiętam , czy odkrył moją tam obecność. W ogrodzie ciocia chowała kury i panowała wiejska, sielska atmosfera. Dom był otoczony drewnianym płotem z furtką. Piesek radośnie szczekał, ale karnie chodził do budy. Moja mama bardzo darzyła wielką sympatią ciocię Jaśkę. Lubiły sobie szeptać w kuchni przy delikatnych nalewkach czy herbacie. Ciocia bardzo dobrze gotowała i piekła. Nie przypominam sobie, żeby nas kiedykolwiek odwiedziła w Ostrowcu, pewnie spotykaliśmy się u dziadków. Jej mąż, wujek Władek zwykle przesiadywał w ogrodzie, albo pracował, mało się znaliśmy. Na zdjęciu siostry ojca na pogrzebie swojej matki, mojej babci Anieli w 1979roku. Od prawej ciotka Zośka, Jaśka i Andzia. Ciocia odeszła nagle, nie chorując wcześniej, nie robiąc nikomu kłopotu, w pewien bardzo gorący sierpniowy dzień 1991 roku. Przeżyła 67 lat. C
c Czułyśmy ulgę z mamą, że wcześniej odwiedziłyśmy ciocię w czasie naszego cyklicznego rodzinnego objazdu. Serdecznie się wtedy pożegnałyśmy. Po pogrzebie zatrzymaliśmy się z rodzicami w Częstochowie. Ostatni przystanek naszej letniej wyprawy miał miejsce w Bytomiu przy ulicy KRN. Nazwa ulicy wskazywała na osiedle w blokowisku. Tak też było. W przeciwieństwie do swojego rodzeństwa ciotka Zośka nie pojechała na tzw. ziemie odzyskane, ale przybyła z rodziną na Górny Śląsk dopiero w połowie lat 60. Wujek Stach wcześniej przyjechał tu do pracy. Czteroosobowa rodzina dostała małe, ale przytulne mieszkanko na drugim piętrze z dużym balkonem. W małej kuchni ciocia Zośka ekspresowo przygotowywała smaczne posiłki. Szczególnie pamiętam słynne zalewajki. W pokoju stał piec i bardzo mnie to dziwiło, bo u nas w blokach było centralne ogrzewanie. W Bytomiu pamiętam głównie robienie zakupów. Z powodu towarzysza Gierka Śląsk był świetnie zaopatrzony. Ciotka była w swoim żywiole. Po paru latach mieszkania w Bytomiu stała się ważna i niezastąpiona dla rodzinki z prowincjonalnego miasta. Znała sklepy z materiałami, a to najbardziej interesowało moją mamę. Z bratem chodziliśmy po księgarniach. Może to tu rozpoczął życie nasz słynny rodzinny żart, brat woła na ojca- tato, daj na Chłopów, ojciec na to- chłopi są i tak bogaci. Bałam się ciotki Zośki, więc byłam grzeczna. Nie pamiętam jak my wszyscy zmieściliśmy się w tym małym mieszkaniu, ale ciotka to pewnie opracowała, zarządziła, a my wykonaliśmy. Dzieci pewnie były na wakacjach u dziadków. Ciotka często kłóciła się z moim ojcem o drobiazgi. Mama się dziwiła o co im chodzi. Ojciec był starszy od ciotki Zośki o 7 lat, a ona i tak w dyskusjach z nim miała ostatnie zdanie. Ciocia Zosia ciężko pracowała w swoim zakładzie pracy, również na zmiany, daleko dojeżdżała. Była mocną, stanowczą osobą, nie rozczulała się nad swoim losem, nie bała się przeciwności losu. Swoje dzieci wychowywała krótko i bez roztkliwiania się. Każdy miał wyznaczone zadanie do wykonania. Na zdjęciu trzy mocne kobiety w wieku sześćdziesięciu paru lat i kuzyn z Opatowa. Od prawej ciocia, Andzia, Jaśka i Zośka.
Ciocia Zosia przeżyła swoich dwóch mężów, w tym pierwszego, ojca swoich dzieci o 36 lat. Tę silną i niezniszczalną kobietę zabił nowotwór płuc w 2016roku, przeżyła 81 lat. To była bardzo przykra wiadomość dla mnie. Myślałam, że jej silny charakter wszystko przezwycięży. Mieszkanie na Górnym Śląsku pokazało swoje ciemne strony. Do tej pory brakuje mi jej mocy w rodzinie. Pewnie siostry spacerują na niebiańskich mostach beztrosko, w pięknych rękawiczkach i zwiewnych sukieneczkach, jak tu na odrzańskim moście we Wrocławiu w roku 1960.
Mój ojciec zmarł w 2004roku przeżywszy 76 lat. Zawsze z miłością mówił o swoich siostrach, a o bratowej z szacunkiem, często się odwiedzali, chociaż mieszkali daleko od siebie, pisali listy, pocztówki. Moja mama odeszła wcześniej, bo w 2001 roku i przeżyła tylko 69 lat. Bardzo zawsze lubiła rodzinę swojego męża. Jako ciotka dla mojego ciotecznego rodzeństwa ze strony ojca, mam nadzieję, że zachowała się w miłej pamięci.