Moja lista blogów

niedziela, 25 sierpnia 2024

Alain Delon w mojej nastoletniej pamięci.

       Tak się ostatnio składa, że po przerwie wracam do pisania z powodu odejścia osób, które zostawiły pewien ślad w moim dojrzewaniu czy kształceniu. Całe wakacje spędzam z wnuczką i moim amerykańskim mężem, który pomimo, że w Polsce od 12 lat, to nadał żyje w swoim jankeskim świecie. Dzień zaczyna od dziennika z poprzedniego dnia i wyzywania Trumpa od f*idiot, debil,  i  f*liar . A popiera go prawie połowa narodu, i co z tego wyniknie? 
 Olimpiada w Paryżu interesowała mojego Gospodarza w momencie otwarcia, bo to Paryż jest dla niego stolicą świata, he loves Paris like Frank Sinatra, a New York już nie. Zadziwiony był w pewnym momencie zamknięciem, bo skąd ten Tom Cruise i po co? Nie wzruszyła go informacja, że następna olimpiada w Los Angeles, a rywalizacja medalowa z Chinami też go nie ekscytowała. To przecież wiadomo, że Amerykanie są najlepsi, bez dwóch zdań.
 Bardziej zmartwił się trzęsieniem ziemi w tym mieście, które nastąpiło za parę dni oraz doniesieniami o przekroczeniu prawa przez amerykańskich policjantów, którzy zabijają niewinnych ludzi, albo o rocznicy wielkich pożarów na Hawajach z zeszłego roku.
       18 sierpnia w niedzielę wieczorem pytam go co w wiadomościach mówili o Alain Delonie ? Sprawdza  w internecie, acha, ale to gwiazdor kina europejskiego, to nie znany w USA szerokiej widowni, tylko koneserom.

I wcale nie jest ładniejszy od Brada Pitta czy George`a Clooney.  O, nie. O wiele ładniejszy. To inne pokolenie. Wszyscy jednakże przypomnieli sobie o Alainie Delon z okazji filmu Asterix na olimpiadzie i jego genialnej roli Cezara, gdzie z autoironią przedstawia siebie samego. Bo przecież Alain Delon to francuski monument i legenda jak Catherine Deneuve w roli Marianny wiodącej lud na barykady. A druga ikona to Brigitte Bardot , która zapisała się w historii kinematografii, nie tylko francuskiej.
      Kino i telewizja była wielką pasją mojego pokolenia, chodziło się nieraz na dwa seanse w ciągu dnia, a w telewizji od lat 70. można było obejrzeć wartościowe filmy, które wcześniej nie ukazały się w kinach.
 Alaina Delona uwielbiałam od dziecka. W telewizji zobaczyłam film Czarny tulipan, wcześniej Fanfan Tulipan, gdzie grał Gerard Philippe, ale chyba na początku mylili mi się ci aktorzy. W latach 60. filmy płaszcza i szpady wzbudzały wiele emocji i uwielbienia i w ogóle filmy kostiumowe z chwalebnej historii francuskich Ludwików, aż do Wielkiej Rewolucji. Wtedy to niepodzielnie panowała Markiza Angelika, Trzej muszkieterowie czy legendarny Zorro. Nie mogło Alaina zabraknąć w westernie, Samuraj i kowboje to zgrabna mieszanka paru kultur. Jako nastolatka zakochałam się w roli profesora w filmie Pierwsza spokojna noc, mniej znanym obrazie włoskim. Nie pamiętam czy z kina , czy telewizji. Ale film Trzy kroki w szaleństwo, w reżyserii trzech wybitnych reżyserów i z doskonałą obsadą, na pewno widziałam w kinie. Sam tytuł już mnie niezmiernie pociągał. I plakat, który pamiętam. To były trzy nowelki i Alain, nomen omen w roli sadystycznego Williama Wilsona. Podobał mi się bardzo ten typ, przystojny bad boy. I w ogóle coś niezwykłego w życiu. Jak moja algierska historia, gdy dostałam się na studia. 
Kultowe filmy z aktorem potem oglądałam już w telewizji, Rocco i jego bracia, Lampart, Zaćmienie, Był sobie złodziej, Klan Sycylijczyków. A z ostatniej mojej młodzieńczej pamięci, to kinowy Port lotniczy`79 i Teheran 43.
 Parę lat temu pytałam mojej francuskiej koleżanki jaki jest stosunek Francuzów do swojego gwiazdora. Nie lubili go za  prawicowe poglądy, szczególnie z ostatnich lat, ale już wszystko przebaczyli. Wszyscy znają jego wzruszający stosunek do zwierząt.

Wczoraj był skromny pogrzeb aktora. Natomiast uwielbiano go zawsze w Azji, Rosji czy dawniej Związku Radzieckim . Oczekiwałam teraz jakiegoś filmu z Delonem w polskiej telewizji i się doczekałam. Na Kulturze przypomnieli w sobotę najpierw dokument Alain Delon jakiego nie znacie, a potem kultowy film W kręgu zła, gdzie papieros w ustach aktora, to chyba inspiracja do zachwytu bohaterów z Rejsu. Ale francuskie nowofalowe dłużyzny tutaj nie wadzą, potęgują napięcie. Pewnie nie dla współczesnych widzów. Z ogromną przyjemnością zanurzałam się w magicznym nastroju filmu, patrzyłam na elegancję dawnych francuskich aktorów, Bourvila i Yves Montanda/ gdy już wytrzeźwiał/, na stroje lat 70. i zdjęcia Paryża. Wciągałam się w wolno opisywaną kryminalną historię, prawie grecką tragedię naznaczoną fatalizmem . A przede wszystkim patrzyłam na piękny obraz Alaina Delona, prawie amerykańskiego tutaj, w płaszczu prochowca i zawsze w koszuli z krawatem. Film skończył się o 1.30. 
Wzruszyłam się śmiercią aktora w związku tak w ogóle z przemijaniem i następującymi procesami starzenia. Taką refleksją, że wszystko się kończy, ale „ my żyjemy”, chociaż half past, jak to mówił inny bohater filmowy i poeta. Acha, jeszcze chciałam powiedzieć, że  kiedyś  pomieszkiwałam we Francji i byłam na koncercie oraz spotkaniu z Jane Birkin, filmową koleżanką Delona, znaną ze słynnego wykonania piosenki Je t`aime, moi non plus. Miała wtedy 62 lata i mnóstwo planów przed sobą.

Bardzo mi się podobał wtedy jej dojrzały ekologiczny image. Zmarła w zeszłym roku w wieku 74 lat. Czy wiadomość o śmierci aktora zwróciła na dłużej waszą uwagę?
 Post scriptum 3 tygodnie  później.
W mediach społecznościowych polubiłam parę stron poświęconych Alainowi Delonowi i zobaczyłam na nich  absolutny fenomen popularności i uwielbienia aktora na całym świecie.

To mnie naprawdę zadziwiło. Napisałam kilka komentarzy- postów, wszystkie były polubione po wielokroć i odpisywano na moje pytania. Zwykle nie piszę obrazkowych postów, tylko refleksje. Pytałam skąd  osoby są i jakie filmy z aktorem lubią szczególnie, czy pamiętają z młodości.  Czy w ich kraju był dubbing, czy aktor grał u nich  itd  Czy coś wiedzieli życiu prywatnym? Szczególnym zainteresowaniem cieszył się mój post, gdzie wspominałam wizytę aktora w Polsce w 1999 na Gali Tele Kamer. Tak się składa, że byłam wtedy w Warszawie, chciałam się dostać do "empiku", ale nie było szans. Za późno dowiedziałam się o tej wizycie, czy za późno zdecydowałam się jechać.  To było w połowie  zimnego stycznia. Czatowałam trochę pod hotelem Bristol i Teatrem Polskim. Mój post polubili nawet dzieci aktora, Anthony oraz Anouchka. Oni zamieszczają czarujące filmiki z ojcem, czy francuskie  TV programy z nim, których my nigdy nie oglądaliśmy w Polsce.  Te zdjęcia wstawiłam w komentarzu na FB,  należą do TeleTygodnia, żeby nie było:) Bardzo się podobały.

A teraz wieczorami oglądam filmy z Delonem na YouTube. Najlepsze są te z lat 60. i 70., bo potem już takie komercyjne. Muzyka  filmowa jest genialna, szczególnie w Klanie Sycylijczyków.

piątek, 26 lipca 2024

Czy chodzicie na letnie imprezy?

Od prawie 12 lat większość wakacji spędzam na Dolnym Śląsku, gdzie odwiedzam swój letni dom. Co roku przyjmuję tu rodzinę i koleżeństwo. Z terenów mojego stałego zamieszkania nie chce się ludziom tu przyjeżdżać. To 550 km, tyle samo ile od nas nad morze. W związku z tym w rzeczywistości nie mam tak wielu gości. Najczęściej jestem tu z jedną wnuczką, Gospodarzem i oczywiście naszym kotem Freddy. To pierwszy wpis od paru lat na temat moich wakacji na Dolnym Śląsku. Tak zeszło. W ogóle mniej pisałam w ostatnich latach. W moim kalendarzu jest kilka imprez w regionie, w których uczestniczymy od zawsze, a ja od dziesięcioleci. Może i Was zainspiruję do wspomnień. Za każdą imprezą kryje się jakiś człowiek, czy grupa ludzi, pasjonatów z danej dziedziny i to mnie najbardziej urzeka. Ktoś musiał rozpocząć daną tradycję, zebrać, zorganizować innych miłośników, a nawet zapaleńców. Chciałabym rozpocząć od imprezy nazywanej Lubuskie Lato Filmowe, czy słyszeliście o takim festiwalu? Pan Lubomir ze Szprotawy, który jeździł żółtą skodą i kochał kino, to on rozsławił swój duży ekaran "Świteź" i amfiteatr. Do połowy lat 70. to był jedyny festiwal filmowy w kraju, rozpoczął się już w 1969 roku. Miałam przyjemność tam bywać w czasach mojego liceum i pierwszych lat studiów. Odległe to czasy, ale doskonale pamiętam i często nawiązywałam w komentarzach, jeśli temat dotyczył polskiego kina. Byłam kiedyś wielką miłośniczką naszej kinematografii, a potem w zyciu zawodowym wielokrotną inicjatorką różnorodnych przedwsięwzięć, również międzynarodowych. To jest ogromną radość z imprezy, ale też poświęcenie, np. życia rodzinnego. Lubuskie Lato Filmowe to sztandarowa impreza województwa lubuskiego, zazwyczaj w ostatni tydzień czerwca. Kiedyś odbywała się tylko w Łagowie Lubuskim. Miasteczko sprzyjało kameralnej atmosferze i prawie rodzinnym relacjom. Wszyscy się znali, łatwo przechodziło się na Ty, spotykaliśmy na ulicy wybitnych wtedy aktorów, piło się razem piwo przy pieczeniu barana na dziedzińcu Zamku Joannitow, wspólnie oglądało filmy w kinie Świteź, czy telewizję w czasie Mistrzostw Świata, kiedy Polacy odnosili jeszcze sukcesy. Dyskutowało się w Sali Rycerskiej na temat kondycji kina polskiego i prawie wspólnie przyznawaliśmy Złote Grona. Ciastka jadłam z Ewą Ziętek i miałyśmy jednakowe sukienki, takie wtedy modne z Cepelii. O, dużo wspomnień z tamtego świata.
Teraz impreza odbywa się w kilku miejscach województwa lubuskiego, ma znacznie szerszy filmowy zasięg i na 50- tkę festiwalu, która odbywała się w 2021 roku pod koniec wakacji zajechałam do Zielonej Góry. Zdjęcia innym razem dołączę. Inny znaczący festiwal w moim regionie to bałkańskie święto Pieczenica odbywające się w pierwszy weekend lipca w miejscowości Gościszów. A kto zaczął ten festiwal? Zespoły ludowe reemigrantów powstawały z każdym dziesięcioleciem pobytu na tych ziemiach. To niezwykłe życiorysy ludzi, wspaniałe głosy i miłość do tradycji.
To rodziny z byłej Jugosławii, a szczególnie z Bośni Hercegowiny. Potomkowie Polaków, którzy za czasów Austro-Wegier przybyli tam z terenów dawnej Galicji. Mówiło się na nich „galicjoki” lub „jugosławianie”. Jak wiadomo na tereny Ziem Odzyskanych przybyli Polacy z różnych stron Polski przedwojennej. Główną atrakcją tego festiwalu jest pieczenie młodego prosiaka, ale palenisk jest kilka i mięsnego smakołyka nikomu nie zabraknie. Bawimy się przy występach zespołów kultywujących bałkańskie tradycje. Śpiewacy i tancerze porywają widzów do tańca, są już coraz starsi, ale wigoru nie brakuje. Czujemy się jak na naszych ulubionych wakacjach nad Adriatykiem. Na ogół dopisuje upalna pogoda. Imprezie towarzyszą stragany z lokalnym rzemiosłem, żywności, napojów i rękodzieła. Dzieci mają moc rozrywek. Na początku lipca i przez dwa tygodnie trwa festiwal Olgi Tokarczuk Góry Literatury. Wybierałam się na niego od początku, aż wreszcie 10.edycja zachęciła mnie do odwiedzin. A najbardziej przyjaźń z moimi koleżankami związanymi zawodowo z bibliotekami. Festiwal odbywa się w kilku miejscach Kotliny Kłodzkiej oraz w Wałbrzychu i Świdnicy.
I do tych miejscowości najbliżej z mojego Gryfowa. Tam pojechałyśmy z wnuczką, a dojechała do nas koleżanka z rodzinnego miasta.
Początek lipca był upalny, szczególnie 8 i 9 lipca, a te dni spędziłyśmy w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Świdnicy, Muzeum Porcelany w Wałbrzychu oraz oczywiście w Zamku Książ i Palmiarni. Ja zakochałam się w Wojtku Chmielarzu i jego wyobraźni, oraz zauroczyłam elokwencją Jakuba Żulczyka. Na spotkaniu literackim z obydwoma pisarzami pojawiły się tłumy, a kolejka do autografów trwała parę godzin. Matylda miała ciekawe międzynarodowe warsztaty podróżnicze i pokaz filmu Wakacje z Mikołajkiem. Palmiarnia zwiedzana w upale to był prawdziwy hardcore, a Zamek Książ zachwycił swoją potęgą architektoniczną jak również malowniczymi ogrodami.
Wnętrza po wojnie zostały zupełnie ogołocone, dopiero w ostatnich latach Zamek zaczął nabierać dawnego splendoru. Nawet spadkobiorcy i ich krewni przesyłają dary. Ostatnią rodzinę Hochbergów, zamieszkującą zamek przed wojną świetnie poznaliśmy w interpretacji filmu Filipa Bajona Magnat. Audio-przewodnik zapoznawała nas z ciekawymi detalami z życia Zamku. Ileż to pracy kosztowało przygotować te ciekawe biografie. Muzealnicy kochają jak mało kto swoje historyczne zawody. 3 godziny zwiedzania, a w środku też nie tak bardzo chłodno, pomimo grubych murów. Dobrze było siąść po wszystkim w klimatyzowanej restauracji i posumować te super aktywne dwa dni. Agatowe Lato w Lwówku Śląskim odbyło się w tym roku już ponad 25-ty. To festiwal dla pasjonatów minerałów, naukowców geologów z całego świata. Zwykle odbywa się w połowie lipca. Wystawy agatów zbierane w miejscowości Płóczki Górne i Dolne koło Lwówka robi ogromne wrażenie, nawet na zupełnych laikach. To aż niewiarygodne, że natura rzeźbi takie cuda. Pięknie wyeksponowane na wystawach w renesansowym Ratuszu Miejskim są wspaniałą atrakcją festiwalu, szczególnie, gdy poprzedzone wykładem profesorów z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Moje rodzeństwo cioteczne studiowało geologię. Ich pasje, poswięcenie obserwowałam przez lata. My też lubimy zbierać kamienie. Na straganach ludzie z całego świata, nawet z Ameryki Południowej. Rozmawiałam z miłym wystawcą z Indii i przymierzałam jego cudowną biżuterię.
Lubań Śląski organizuje tydzień wcześniej Festiwal Minerałów. Też przyciąga tłumy. Na wszystkich imprezach dużo zajęć edukacyjnych , organizowanych przez muzea, bibliotek i różne stowarzyszenia. Dzieci cieszą się z udziału w konkursach, warsztatach, jaka radość z ciekawych nagród, czy tworzonych przez siebie dekoracji. Bo ja wszędzie z wnuczką.
Jednak Lwóweckie Lato Agatowe to największa impreza w regionie i powiat szczyci się doskonałą organizacją i zaangażowaniem wszystkich mieszkańców. Mnóstwo rozmaitych straganów dla każdego, ale te czarodziejsko piękne kamienie są tu największym bohaterami. To dla nich zjeżdżają się ludzie z odległych stron.
W weekend ok. 20.lipca pojawia się następny międzynarodowy festiwal , który rozgościł się już od 30 lat w najpiękniejszej wsi Pogórza Izerskiego. Wybór potwierdzony przez Marszałka województwa. Stacja Wolimierz otwiera się na międzyplanetarne królestwo sztuki, to kolonia artystyczna- to Katmandu Europy w sercu Gór Izerskich. To niezwykła galeria, miejsce spotkań artystów, ludzi z całego świata. Tu stykają się kultury i subkultury z każdego zakątka Ziemi. Wszechwidzące oczy Buddy witają każdego przybysza.
Wschód łączy się z Zachodem. To Dolina Harmonii, przyjaźni, ekologii. Taki górnolotny zachwyt jak u mnie na zdjęciu. Nazywany festiwalem hippisowskim, ale zawiera wszystkie sztuki i prądy kulturowe, w muzyce, ekologii , malarstwie, rzeźbie, filozofii życia i pożywienia. Rozbrzmiewają dźwięki dzieci kwiatów, buddyjskie odgłosy bębnów i cytry, reggae, ostry rock oraz regionalne nuty Łużyczanek- zespołu z bałkańską tradycją. W tym roku rozśpiewały się również kolorowe cygańskie kapele. Przyjeżdżają tu wszystkie pokolenia, od najmłodszych z rodzicami aż do seniorów, z dekady prawdziwych hippisów lat 70.
Można posmakować potraw z całego świata. Uczestniczyć w warsztatach lub wykładach na świeżym powietrzu, tańca, jogi, wegetarianizmu i innych ciekawych, alternatywnych sposobów na życie.
My tam jeździmy od lat, Matylda już czwarty raz. Gdy jej mama i ciocia były młodymi dziewczynami, jeździłam z nimi na Woodstock do Żar. I zawsze mam w głowie swoją studencką wyprawę do Indii i Nepalu. W pierwszy weekend sierpnia natomiast, w Lubomierzu, miasteczku znanym z filmu Sami Swoi odbywa się na wesoło i szałowo Festwal Filmów Komediowych, już po raz 27. To miejscowi miłośnicy kinematografii od lat swoim autentycznym entuzjazmem, zaangażowaniem przygotowują ten radosny festiwal. W miasteczku kręcono wiele filmów, bo ma niepowtarzalny urok dawnych czasów. W Zaułku Filmowych i na Ławeczkach przypomniane są tytuły i zdjęcia filmowych ujęć z miasteczkiem w tle. To tutaj rozmawiałam z Iloną Kuśmierską na miesiąc przed jej nagłym odejściem, gdy świętowano 25 lat Festiwalu. Emanowała radością i witalnością. Na zdjęciu na scenie z lewej strony razem z aktorami znanymi z seriali TV.
W Muzeum Kargula i Pawlaka, czterokondygnacyjnym budynku, biegała po schodach jak tamta dziewczyna z Samych swoi. Zmarła we wrześniu 2022 roku. Zawsze tam pojawiał się Jerzy Janeczek, niestety też już odszedł w lipcu 2021. Tu można się bawić, oglądając nasze polskie komedie lub kabarety i spotykać na Rynku aktorskie gwiazdy. Występują w różnych śmiesznych konkurencjach i bawią się z publicznością. Również i ja pojawiam się tam od lat) Tu w kreacjach z lat 70.
Nie mogłabym wspomnieć o Boleslawieckim Święcie Ceramiki, które zwykle odbywa się ok. 15 sierpnia, w tym roku już po raz 30! W dniach 14-18 sierpnia. Tam bywam rzadziej, bo wyroby nawet na straganach przedstawiają wysokie ceny, ale można upolować małe skarby, nietypowe ceramiczne cudeńka.
To większe już miasto w porównaniu z tymi powyżej i straszne tłumy wszędzie. Bo atrakcji co niemiara. Wystawcy z całego świata, plenery rzeźbiarskie , wernisaże , warsztaty, konkursy . Wielość oferty zadziwia różnorodnością. Najbardziej lubię siedzieć w restauracjach na prześlicznie zrewitalizowanym Rynku wzdłuż Drogi Królewskiej i myśleć o historii tego urokliwego miasta, które kiedyś leżało na przecięciu szlaków miedzy Europą Zachodnia a Rusią. Niedaleko mojego letniego domu mamy tez mnóstwo imprez w Zamku Czocha, Nowogrodziec i Zamku Wleń. Blisko też do Świeradowa i Jeleniej Góry. Ja też mam wyjątkową lokalizację. Gospodarz miał nosa wybierając Dolny Śląsk do zamieszkania. Z przyjemnością dowiem się od Was o letnich imprezach w innych regionach.

wtorek, 25 czerwca 2024

Thingvellir- między Europą i Ameryką.

Thingvellir. Powinnam na początku opisać to miejsce, ale chciałam jeszcze raz pojechać, bo wcześniej skupiałam się na obserwacjach socjologicznych. A przecież Islandia to przede wszystkim nieokiełznana wspaniała natura. „Najdziwniejsza w świecie kraina, ulepiona z ognia i wody”. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam. że jestem w najniezwyklejszym kraju na świecie. W TV porównywali Islandię z Hawajami, ale głównie z powodów geologicznych. Park Thingvellir to serce islandzkiej historii oraz najbardziej teatralne i dramatyczne miejsce z tej przyczyny. A budzące grozę z powodu geologicznego. Park należy do tzw. Golden Circle, czyli must-see w Islandii. W związku z tym tłumy turystów bez względu na pogodę. Gdy się przyjeżdża kilka tysięcy kilometrów na wyspę, to plan trzeba zrealizować. My mamy więcej czasu, ale akurat nasze dni poświęcone na obejrzenie zetknięcia się dwóch płyt tektonicznych, były wyjątkowo zimne, wietrzne i czasami nie chciało się opuścić samochodu na spacer drogą świętych miejsc Islandczyków. Mea culpa, chciałoby się powiedzieć, bo to ja kłóciłam się z córką, gdy nie miałam siły wyjść z samochodu. Te dzikie przepaście, odgrodzone tylko sznurkiem, podczas spaceru z wnuczką przerażały mnie i zdumiewały swoim ogromem, ostrością rzeźby, nieziemską magią. Bałam się, że wiatr porwie mi nagle naszą kruszynkę. Naprawdę, tak się czułam. Na zdjęciu nie widac tego wietrzyska.
Widok z platformy, gdy znasz już historię miejsca, kulturową i geologiczną wydaje się nieprawdopodobny. Dominika szybko wraca.
Cała Islandia powstała dzięki rozchodzeniu się dwóch płyt kontynentalnych – europejskiej i północnoamerykańskiej. Zjawisko, które rozsuwa te płyty i oddala je od siebie, jednocześnie tworzy na ich granicy specyficzne pasmo górskie z ryftem (rodzajem doliny) na szczycie. To pasmo to tzw. Grzbiet Śródatlantycki, który biegnie – zgodnie z nazwą – środkiem Atlantyku, niemal od bieguna do bieguna, tutaj poszerza się 4-5 mm na rok. Ale nie robi się szczelina w ziemi, hahaha, tylko zastyga gorąca magma. Ponad powierzchnię oceanu wystaje tylko w kilku punktach – na Islandii i kilku mniejszych wyspach. Na Islandii najlepszym miejscem do obejrzenia tej oceanicznej doliny ryftowej wyniesionej ponad powierzchnię oceanu jest właśnie Park Narodowy Thingvellir. Stał się uświęconym miejscem dla Islandczyków, narodową świątynią już w 1928 roku. A od 2004 roku jest na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Bo Thingvellir jest nie tylko imponującym pomnikiem przyrody, ale także miejscem o znaczeniu historycznym i kulturowym. Wróćmy się do roku 870, kiedy na Islandię, do Zadymionej/ciepłymi źródłami/ Zatoki- Reykjavik -przybyli pierwsi osadnicy, a jest to zapisane w księdze Islendingabok. Kiedy ludności przybywało, klany wybrały i ustaliły miejsce Thingvellir na zgromadzenie- Althing – czyli islandzki parlament, oparty na norweskim prawie. Prawo głosu przy stanowieniu nowego prawa mieli na nim wodzowie klanów, ale obserwować obrady mogli wszyscy mieszkańcy wyspy. To tu tworzono prawo i wymierzano najważniejsze kary. Althing jest najstarszym (ciągle działającym) parlamentem na świecie, bo jego pierwsze obrady miały miejsce już w 930 roku, a w Thingvellir odbywały się aż do roku 1799. Dopiero później zostały przeniesione do Reykjaviku. W XIX wieku naród był rządzony przez despotyczną monarchię duńską i narodził się duch wyzwoleńczy, podobnie jak w wielu krajach Europy. Thingvellir symbolizował niepodległą Islandię. To także tutaj w 1000 r. naród islandzki porzucił Asatru, pogański system wierzeń staronorweskich, na rzecz chrześcijaństwa. I to również tu, prawie tysiąc lat później, bo w 1944 roku 17 czerwca, Islandczycy ogłosili wreszcie swoją niezależność od Danii i potwierdzili wybór pierwszego prezydenta. Z historią Islandii i jej parlamentaryzmu wiąże się kilka miejsc w Thingvellir, które warto odwiedzić spacerując po Parku. Patrzyłyśmy z platformy widokowej wg mapki. Dominika zeszła w dół innym razem.
Logberg –Skała Prawa to miejsce, z którego nawoływano do rozpoczęcia obrad Althing, przemawiano i zasądzano wyroki. Obrady zwoływano zwykle w drugiej połowie czerwca. Każdy, kto uczestniczył w zgromadzeniu, miał prawo stanąć na Logberg i przedstawić swoją sprawę. Logretta to była Izba Ustawodawcza. Nazwa przypomina mi Rosettę i Kamień z Rosetty, ale to trochę starsze czasy, równie tajemnicze. My też byłyśmy tam w czerwcu, znosiłyśmy ostre arktyczne powietrze i mroźny wiatr. A 2 czerwca były wybory prezydenckie. Startowało 12 osób, w tym połowa kobiet i jedna z nich wygrała, Halla Tomasdottir. Teraz kobiety dużo znaczą w Islandii, wywalczyły sobie prawdziwą wolność dopiero w latach 70.
Aż do XVI w. na Islandii kara śmierci niemal nie istniała. Dopiero w roku 1564 przegłosowano ustawę zwaną Wielkim Werdyktem, zgodnie z którą kobiety uznane za winne takich przestępstw jak czary, cudzołóstwo, kazirodztwo i dzieciobójstwo były karane śmiercią przez utopienie. Zasądzone kary wykonywano w Drekkingarhylur- Oczko wodne- poprzez wrzucenie związanej i nakrytej workiem kobiety do stawu oraz przytrzymanie jej pod wodą długimi drewnianymi tyczkami. Pierwsza egzekucja miała miejsce w 1590 roku, a ostatnia w 1749. W sumie stracono 18 kobiet. Mężczyzn ścinano toporem. Zdarzały się też stosy lub banicja, czyli zostawianie gdzieś na odludziu na pewną śmierć. Mężczyzn karano głównie za kradzież. Kościół luterański Thingvallakirkja z 1859 też jest w Dolinie . Ze słynnym Dzwonem, o którym pisał islandzki laureat Nobla HalldorLaxness w powieściach Czysty ton i Dzwon Islandii. Islandczycy mając taką karną historię, są bardzo posłusznym narodem. Przestrzegają prawa. Ja mogłam zaobserwować kierowców. Nikt nie przekracza szybkości. Nie ma kradzieży. Samochody są zostawiane otwarte, z kluczykami w środku. Domy można nie zamykać. W sklepach nikt cię nie pilnuje. Przestępczość istnieje, stąd ciekawe książki i filmy kryminalne, ale chyba w Norwegii i Szwecji? Zdecydowanie najprzyjemniej było delektować się urokiem jeziora Thingvallavatn- największym w kraju i najbardziej tajemniczym. W nim też przebiega granica płyt tektonicznych, euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej, a najbardziej znana wodna szczelina o głębokości 63 m nazywa się Wąwozem Wszystkich Ludzi, albo Szczeliną Silfra.
Woda jest tam najczystsza na świecie. Niektórzy nurkują w słynnej Szczelinie z instruktorem. Są filmiki na youtube. Ekosystem jest podobny do Galapagos, gdzie Karol Darwin zaobserwował unikalne gatunki żyjące w izolacji. Tutaj są amfipody, które są przodkami najstarszych organizmów sprzed 16 milionów lat. Być w tym miejscu, to jakby doświadczyć uczuć wielkiego uczonego, być częścią historii i wszechświata. Gdy patrzy się na te rozległe połacie powulkanicznej ziemi, naprawdę doznaje się dziwnych stanów emocjonalnych. Do tej pory tak bardzo wzruszała mnie tylko wielka muzyka.
„ Jest tam jeszcze i inszych gór siła przy których co osobliwego i podziwienia godnego się dzieje” 1613.

wtorek, 18 czerwca 2024

W domu wikinga Hrafta czyli kruka.

Już zmierzałyśmy opuścić Reykjavik, gdy córka nagle skręciła w stronę oceanu, jakby sobie coś przypomniała. Mówi, że ma dla nas ciekawostkę. Normalnie, to bym się przeraziła, bo już zbliżała się 22.00 a o na jedzie w jakieś krzaki. I do tego się zatrzymuje w tym podejrzanym miejscu, jakby w jakiejś kryjówce. Ale przecież widno przez cały dzień. Wąską dróżką dochodzimy do zarośniętego ogrodu pełnego zardzewiałych dziwnych rzeczy, jakby wysypisko śmieci, armie strachów na wróble zrobionych z niszczejących odpadków. Myślę, gdzie ona nas prowadzi? A tu napis: The recycled house i dopiero podaje parę informacji.
Zbliżamy się do domu znanego w świecie islandzkiego reżysera o nazwisku Hrafn Gunnlaugsson, twórcy słynnych filmów o wikingach, Kiedy leci kruk, Cień kruka i Biały wiking. Jego imię Hrafn znaczy kruk. To on na nowo rozsławił wikingów filmowo i pokazał swoich przodków w innej konwencji, niż wcześniej. Sama pamiętam film Długie łodzie wikingów, czy Wikingowie z Kirkiem Douglasem. Jego wersja to western, gdzie bohaterowie dobrzy lub źli, a zemsta jest przemyślana i krwawa. Ożywił legendarnych średniowiecznych rycerzy.
Za nim poszli inni, kręcili tam filmy, a nawet teledyski. To on uczynił z Islandii wspaniałą scenografię filmową i inspirację jak np. do Marvel`s avengers. Najbardziej znane filmy to Gra o tron, Gwiezdne wojny-historie, Batman: Początek Kapitan Ameryka:Wojna bohaterów. Hraft- Kruk rozsławił swój kraj i przyciągnął miliony turystów. Ja jestem tym zadziwiona.
Reżyser kupił dom w 1983 roku, pierwszy znany i nominowany do Oskara film nakręcił w 1984. Zakupił budynek w celu stworzenia miejsca pracy, specyficznego atelier wypełnionego rekwizytami. Ale pomysł na rekwizyty miał przewrotny. Składały się z przedmiotów , które wyrzucił ocean. I tak przez lata uzbierała się niezła rupieciarnia, otoczona bojami.
Dom i ogród pokazują też inne namiętności i zainteresowania ekscentrycznego reżysera. Pasję do religii buddyjskiej, totemów, amuletów czy kotów, a przede wszystkim obsesję na punkcie recyklingu albo upcyclingu. Otoczenie domu wydaje się być środowiskowym projektem, w którym właściciel chce zwrócić uwagę, jak współczesny świat niszczy planetę, jak dużo rzeczy się marnuje, nikt o to nie dba. On budzi świadomość swoją prowokacją. Matyldzi to zwiedzanie nawet się podobało i dziwiła się, że w tym domu ze zwariowanym ogrodem ktoś mieszka, zaglądała do okien i pukała, ale nikt nie odpowiadał. A wyczytałyśmy, że podobno lubi niektórych gości oprowadzać do swoim gospodarstwie. Pewnie go nie było. Zasiadła na fotelu.
Mnie najbardziej podobało się, że za chwilę znalazłyśmy się nad samym oceanem, i fale łagodnie opływały zgromadzone kamienie, jak zwykle ustawione w stożek. Ławeczka i kształt morskiego stworzenia wygiętego w metalowym łancuchowym pałąku.
A w oddali wieżowce zakotwiczonego Reykjaviku.
Ja mam z kolei obsesję na punkcie morza, o przepraszam, oceanu. Raz zawrócono mnie z szutrowej drogi, prowadzącej prosto na kamienistą plażę. Znaczy najpierw spytałam się czy dojadę tam moim samochodem, wskazując na skromną hondę. Nie, tam tylko z napędem na 4 koła. Zarząd stolicy, pomimo wielkiego zainteresowania reżyserem i jego ikonicznym domem, nie pochwala jego wariackich pomysłów, nakłada na reżysera mandaty. Zdarzało się, że nasyłał na „tajemniczy ogród” buldożer, albo kosiarkę do likwidacji chwastów.
Razem z nami, dom i ogród oglądała spora gromadka turystów. Pewnie słyszeli, że właściciel chce go sprzedać za 2 miliony dolarów i podobno są znani kupcy. Taka atrakcja turystyczna to nie jest my cup of tea, ale zapamiętam przynajmniej nazwisko i znaczenie w świecie tego szalonego reżysera, bo jest on w ogóle jednym z pierwszych reżyserów filmowych tego kraju. Zaczął tworzyć na początku lat 80./ urodzony w 1948r/. Wcześniej nie istniał w kraju fundusz filmowy, który umożliwiłby powstawanie poważnych produkcji. Hraft Gunnlaugsson był jakby prekursorem. Warto było go poznać.

wtorek, 11 czerwca 2024

Bramy piekieł czy raju?

Hveragerdi to dosłownie nasze cieplice. W międzynarodowej gromadce spacerujemy wśród gorącej pary.
Pod naszymi stopami ponad 100 lat temu istniało geotermalne gospodarstwo, które założyło holendersko- łotewskie małżeństwo i jako pierwsi zastosowali szklarniową metodę upraw.
Wytworzyli tropikalny klimat w Islandii dzięki energii z wnętrza Ziemi. To bardzo ułatwiło rozwój ogrodnictwa. Wcześniej na tych ziemiach sadzono głównie ziemniaki. Anders Hoyer był entuzjastycznym dziennikarzem i ogrodnikiem. Gdy przybył na te ziemie w latach 20. mieszkał w namiocie. Tu ożenił się. Życie było bardzo ciężkie, ale wspólnie z żoną z ogromnym entuzjazmem budowali i przecierali nowy szlak w rozwoju swojej przybranej ojczyzny. Najpierw sadzili kwiaty, następnie warzywa, nawet produkowali piwo, potem jeszcze przed wojną rozwinęli rodzaj SPA- kąpiele błotne dla turystów. Mieszkali tu do końca swojego życia z przerwą na okres wojenny. Gdy my chodzimy po dobrze przygotowanej trasie, bezpiecznej, ciekawie opisanej, robimy wesołe zdjęcia i filmiki, uciekając przed błotnym prysznicem, to ja często myślę o przemijaniu i tym uciekającym czasie. Jestem tutaj z wnuczką i córką.
Doświadczenia tej podróży są tak diametralnie odmienne niż cokolwiek, że ciągle przypominają mi się moje bardzo odległe podróże, zakurzone już w czasie, gdy tamte wrażenia były również bardzo mocne i niepodobne do wcześniejszych. Koło mnie biega wnuczka, a w moich myślach ja 20 –letnia zwiedzająca Indie i Nepal w swoich life-time-holiday.
Już przed wojną dostrzeżono dobrostan gorących kąpieli w wodach źródlanych i błotnych, czy parowych. Budowano pierwsze łaźnie, niby sauny, przebieralnie. Zawsze znaleźli się jacyś pionierzy, pasjonaci, którzy odkryli fizyczne prozdrowotne zalety tego typu aktywności. Kiedyś korzystali z tego nieliczni. Obecnie tysiące turystów z Kanady i USA oraz Azjaci wypełniają miejsca głównych atrakcji Islandii. Często też słychać hiszpański i francuski. Jesteśmy w słynnej parowej Dolinie Reykjadalur. Parujaca Dolina, to nie tylko atrakcja turystyczna, ale również centrum geotermalnych elektrowni i szklarni. Hoduje się podobno nawet banany. Tylko 45 km od stolicy, a trasy stąd prowadzą do gorącej rzeki, gdzie można się kąpać w temperaturze ok 40 stopni, bardziej leżeć sobie i medytować, a wody opływają cię łagodnie . To jak Leta, rzeka zapomnienia. Nie doszłyśmy tam z wnuczką, bo to parokilometrowy spacer pod górę.
Ale byłam wcześniej z córką. Wygodnie się schodzi do rzeczki, są drewniane pomosty. Proste przebieralnie. Islandczycy ułatwiają turystom życie. Pod górę też często prowadzą drewniane ścieżki. Np. gdy chce się oglądać wodospady z wysoka. Hveragerdi dosyć często nawiedzają lekkie lub mocniejsze trzęsienia ziemi, a potem pojawiają się nowe gorące źródła, albo znikają stare. A my spokojnie spacerujemy sobie po mostku i beztrosko zaczarowani tym szatańskim zapachem wokół. Słychać niepokojące bulgotanie z głębi ziemi. Przerażające, bo może nagle buchnąć parą lub błotem.
Zbocza dawnych wygasłych wulkanów, to już nie jest teraz groźne pustkowie, a bardzo popularne trekkingowe miejsce. W głębi wulkan Hengill, aktywny 120 tysięcy lat temu. Para z gorących źródeł wygląda z drogi jak dymy z ogniska.