Moja lista blogów

niedziela, 3 listopada 2024

Jakie podróżnicze marzenia w waszej bucket list?

   Oto  pierwsza strona mojej pracy magisterskiej. Rok 1982.


Asumptem do wspomnienia i pewnej życiowej retrospekcji  była lektura kilku moich ulubionych blogów. To zapomniane pocztówki i tamte pasje, pisanie listów, a nie maili, obserwacje podróżnicze, jak nauczyć się języków obcych, wykształcenie - praca - emerytura, bucket list. 

Posłuchajcie zatem młodej Alusi.

"Kogóż nie nęcił czar nieznanych krajów, wypraw na dalekie morza i odległe lądy? Komu dzieckiem nie roiło się być Robinsonem? Żądza przygód na szerokim szlaku świata była od dawna ulubionym przedmiotem poetyckich opisów. Dość wymienić Odyseję oraz  popularne w Europie średniowiecznej baśnie wschodnie. Egzotyzm tam jest prawie fantastyczny. Pierwszym pisarzem, który utorował drogę w kierunku egzotyczno- podróżniczym był Anglik Daniel Defoe.Wszyscy znamy jego powieść o życiu i przygodach Robinsona Cruzoe. Wybitni twórcy powieści egzotycznej pochodzą przeważnie z ludzi, którzy swą wiedzę krajobrazów i ludów obcych zdobywają w doświadczeniach osobistych przeżyć i wrażeń. 

Anglik Rudyard Kipling urodzony w Bombaju przez szereg lat pracował w Indiach jako dziennikarz.  Francuz Pierre Lotti jako oficer marynarki zwiedził prawie wszystkie morza. Amerykanin Jack London bywał marynarzem, włóczęgą i sprawozdawcą wojennym. Wreszcie najgłębszy spośród nich, artysta i myśliciel osiadły w Anglii Polak Joseph Conrad 20 lat służył w marynarce handlowej.  Pisarze długie lata zbierali zasób tworzywa obserwacyjnego, które później z pamięci i doraźnych notatek stawało się realistyczną podstawą dla kompozycji artystycznie obmyślonej.

Inaczej działo się w Polsce, której  literatura odkrywa egzotyczne światy kosztem przymusowego położenia tworzących ją pisarzy.  Wacław Sieroszewski zesłany do kraju Jakutów stał się właściwie twórcą polskiej powieści egzotycznej...
Syberyjskim szlakiem znanym sprzed laty z więziennej gehenny, lecz w innym charakterze, bo jako etnograf ruszył się  Sieroszewski w 1903 roku w podróż do Japonii.  Daje nam pierwszy w literaturze polskiej oparty na wrażeniach bezpośrednich obraz Japonii. Idziemy krok za krokiem za dobrym przewodnikiem, który nie szczędzi trudu artystycznego, aby dać nam możliwie dokładne pojęcie o kraju i zamieszkującym go narodzie...
Założeniem metodologicznym tej pracy jest szczegółowa analiza powieści Miłość samuraja, w kolejnym rozdziale zostanie bliżej przedstawiony krąg zainteresowań japońskich Sieroszewskiego oraz krótka informacja o okresie historycznym, w którym dzieje się akcja powieści. Najważniejszym problemem badawczym są rozdziały poświęcone onomastyce i słownictwo japońskiemu, w dalszej konstrukcji pracy przewidziane są rozdziały dotyczące ogólnych zagadnień stylu oraz japońskiego nastroju powieści..."
W tworzeniu  mojej wielkiej japońskiej pasji pomagała mi  wieloletnia wieloletnia przyjaźń z Japończykami, nie tylko korespondencyjna, poniżej to  pan Murakami, ale nie Haruki.

lektury- przeczytałam wszystko, co wtedy było przetłumaczone na język polski, dosłownie wszystko co było dostępne w bibliotekach. Dostawałam książki po angielsku.

Chodziłam na różne dostępne wystawy. Krakowskiej Mangghii jeszcze wtedy nie było.

W czasie, gdy pisałam tę pracę nie było informacji o Ferdynandzie Ossendowskim, który był prawdziwym ojcem polskiej  literatury podróżniczej. Miał podobne doświadczenia do Sieroszewskiego, bo też był zesłańcem, ale jego życiorys stał się o wiele bogatszy. Mógłby być kanwą do kasowego serialu, jak kiedyś   Michał Strogow Kurier carski. Piękną muzykę pewnie pamiętacie?  Ferdynand Ossendowski  był niezwykle uzdolniony, zamożny sposobem oszustw, znający kilka języków, w tym egzotycznych i mógł prawie swobodnie się przemieszczać po różnych krajach. Zaczął pisać po rosyjsku, angielsku, na końcu po polsku. Jego powieści w latach 30. były wydawane w milionach egzemplarzy na całym świecie, szczególnie powieść  Beasts, men and gods- Zwierzęta, ludzie, bogowie. Zarzucano mu konfabulację faktów dotyczących krajów Dalekiego Wschodu.  Ale nic sobie z tego nie robił. Był nazywany polskim Karolem Mayem.  Nakłady jego książek sięgały  łącznie 80 milionów. W powojennej Polsce nie był wydawany do lat 90., bo był zagorzałym wrogiem komunizmu.
Krótko mówiąc:)) moja podróżnicza  bucket list to Japonia. Wcześniej szkoda mi było na to pieniędzy, bo miałabym rodzinne wyrzuty sumienia.  A teraz obiecuje się zorganizować. 
O Japonii będę pisała w kolejnych postach.
A wy o czym marzycie, jeżeliby podróże rozpatrywać?

środa, 23 października 2024

Lejdis -lifepanel.eu

    Najpierw male wyjasnienie. Uzywam teraz komputeru bez polskich czcionek. Skopiowalam refleksje z maila, ktory pisalam do JotkiHani. Poprawki wniose potem.

     Każda podróż wywołuje jakieś fermenty w duszy. U mnie to zawsze ekscytacja, a nawet chęć ucieczki. Co jest, że tak lubię opuszczać miejsce zamieszkania, przeprowadzać się, szukać wrażeń, poznawać nowych ludzi. W kontekście najnowszej książki mojego brat Cień Świętej Góry, jest prawdopodobne, ze mój charakter został ukształtowany poprzez przeżycia rodziców podczas mojego poczęcia i pierwszych lat życia.  Link do brata. przy okazji. Warto go poznać. Trochę prywaty, wybaczycie. 

       Od 12 lat jeżdżę na Dolny Śląsk do mojego letniego domu, niby nic niezwykłego, ale tym razem zamiast na Łódź, pojechałam na Poznań. Byłam w tym mieście kilka razy, ale w latach 70. Poznałam go dobrze, szczególnie w 1979 roku, podczas  kolonii letnich, a wtedy taki wypoczynek trwał 4 tygodnie.  Byłam młodą wychowawczynią na studenckiej praktyce.  Mieszkaliśmy w Ośrodku dla Dzieci Niesłyszących. I to było  niedaleko Starego Rynku na ulicy Bydgoskiej. Codziennie spacerowaliśmy wzdłuż zabytkowych uliczek. Bardzo dokładnie zwiedzaliśmy miasto i okolice. Znalazłam stare zdjęcia, nawet kolorowe:)) Moje białe rajstopy i sandały, co za szyk:)

 

Nie dokonam żadnej paraleli ze stanem obecnym, bo jakby pół wieku minęło 🤣 Jedynie mogę stwierdzić z pewnością, że miasto bardzo podobało mi się wtedy i teraz. A zdjecie z koziolkami dla wnuczki.

Gdy poznałam Hanię, blogową koleżankę z Poznania, to myślałam, że studiowała z moim mężem germanistykę na UAM. Tak pięknie pisała o swoich podróżach do Niemiec i bardzo dobrze znała język Goethego. Wydawało mi się z opisów, że są w podobnym wieku. Mój pierwszy, nieżyjący już mąż był bardzo zakochany w niemieckiej kulturze.  Hania nauczyła się języka od  swojego taty.
 Podczas wakacji okazało się, że  syn  Hani kupił posiadłość niedaleko naszej hacjendy w powiecie lwóweckim. Przez parę miesięcy pisałyśmy i dzwoniłyśmy do siebie. Tak zapoznawały się ze sobą gaduły nauczycielki. Na zdjęciu już w Poznaniu.

Mam parę koleżanek blogowych, których lubię czytać od lat. Niektóre poznałam w realu i stałyśmy się przyjaciółkami na odległość. Tu zawsze przypomina mi się taki dowcip, jak para randkowała online. Chłopak w końcu proponuje: spotkajmy się w realu, a dziewczyna odpowiada , u nas nie ma Realu, a może być w Lidlu? 
Dowcipną, bardzo spostrzegawczą i refleksyjną Jotkę czytam od zawsze. Jej posty podpowiadają, że to autorka o ciekawej, blyskotliwej osobowości. Jednocześnie bardzo odpowiedzialna, sumienna,  z   pedagogicznym podejściem do życia. Bardzo chciałam ją poznać korzystając z tak sprzyjającej okazji, że ona również mieszka niedaleko Poznania.  Tu  juz trwaja  nasze wesole konwersacje.

I tak, wracając do sedna, trzy  bystre obserwatorki życia, dojrzałe, radosne i pełne życia kobiety spotkały się bardzo słoneczny październikowy dzień. Letnia pogoda jak na zamówienie sprzyjała  przerywanym rozmowom. Tyle do przekazania, omówienia, wspominania. Hania, jako gospodyni zaplanowała pokazać nam uroki Rynku i Śródki.  Pozowanie przed imponujacym renesansowym Ratuszem.

Najpierw trzeba było wyjść z okazałego kolejowego dworca, który mnie przypominał słynne francuskie Les Halles. Potem podjechać tramwajem. Hania zakupiła wcześniej bilety, bo kupowanie w automacie  za pomocą karty zostawiałyśmy młodszemu pokoleniu 🤣
Przed Bazylika  Archikatedralna  Apostolow Piotra i Pawla na Ostrowie Tumskim.  Na moscie  Biskupa Jordana , wlasciwie to  kladka pieszo-rowerowa. Ale najstarsza rzeczna przeprawa w miescie.  Bardzo fotogeniczne miejsce.
 

Zawsze podobała mi się wielkomiejska kosmopolityczna atmosfera. Gdy słyszy się inne języki, widzi się ludzi z różnych stron świata, to bycie  jego cząstką  jest takie oczywiste.  Uwielbiam retauracje, bistra i kafejki i rozmawiac, snuc refleksje.  Zadziwil nas najbardziej  znamienity mural w Polsce. 

W mniejszych prowincjonalnych miastach zawsze przytłacza mnie filisterska atmosfera. Gdy tam się mieszka oczywiście, haha. To okreslenie podobało mi się jeszcze z czasów lektury pani Dulskiej, kiedy Kraków był też filisterski w porównaniu do Wiednia na przykład.:))  
Dostrzegłam wiele porównań w naszych trzech życiowych postawach. Pasja w wykonywaniu pedagogicznego zawodu kształtuje wyraziste osobowości. Znajomość skomplikowanej różnorodności ludzkich charakterów, szacunek do nich, zaufanie do ludzi,  niekończąca się chęć poznawania, kształcenia, umiejętność słuchania, radosny optymistyczny stosunek do życia i przemijania, ale nie pozbawiony również  głębokich refleksji.
Ile takich fajnych ciekawych osób przewija się przez moje życie. Uczę się od nich, czasami pokornieję, innym razem urastają mi skrzydła.
 Przyjaźnie to moje wielkie bogactwo.Hania i Jotka wsrod renesansowych kamieniczek.

Hania zaprosiła nas również do swojego domu. Staroświecki piękny zwyczaj  pogaduszek przy herbacie kawie, domowych przetworach, smacznych ciastach i nalewkach. Na tarasie w promieniach jesiennego ciepłego słońca. Nie ma za dużo czasu, bo jeszcze Gniezno jest do zobaczenia. Tak się zdarzyło, że Gniezno było zawsze poza utartym szlakiem moich podróży. A tu 1000 lat Bolesława Chrobrego niedługo.

I Gniezno by night udało się  podziwiać.  Jotka pojechala do domu, a ja zostalam na nocleg u Hani.

A potem jeszcze kolacja i nocne rozmowy Polaków. Bo przecież każdy z nas przeżył jakieś rodzinne problemy,  kłopoty. Dużo pracowaliśmy, dorabialiśmy się,  żeby nie tylko mała stabilizacja, ale coś więcej. A ileż  dawnych radości, wakacji. Kiedyś z ze szkolnym, studenckim koleżeństwem, potem z małymi dziećmi, obecnie z wnuczętami. W tej przytulnej jadalni, z pamiatkami w witrynkach,  siedzielismy dlugo w noc. Moje ubrania na krzesle:))

A nstepnego dnia znowu w podróży. Tu w symbolicznej dworcowej poczekalni we Wroclawiu.

A mnie  nadal trudno uwierzyć, że  dawno  już half past,  i nawet też z okładem. To bylo niezwykle inspirujace spotkanie.


poniedziałek, 30 września 2024

Co słychać w Riverhouse na Dolnym Śląsku?

 Od paru lat  w powiecie lwóweckim posiadamy  letni dom, który nazywamy Riverhouse, bo leży nad potokiem Wilka. Pisałam o nim dwa lata temu w postach Panny znad Wilka parafrazując  słynny tytuł. W lecie odwiedza mnie rodzina i przyjaciele z rodzinnego miasta.  A ja spędzam relaksujący czas z Gospodarzem.

Gdy wydarzyła się ta straszna tragedia w Kotlinie Kłodzkiej i paru innych miasteczkach na Dolnym Śląsku, w tym  u  naszych najbliższych sąsiadów, w Nowogrodźcu,  Wleniu, Lwówku i Gryfowie,  to wszyscy moi  znajomi pytali co słychać u Kima. Pamiętali, że nasz domek stoi parę metrów od rzeczki. Dziękuję za pamięć i dobre słowa.  Nam nic się nie stało, bo potok Wilka  ma tylko kilka kilometrów, nic do niego nie wpływa, a sam kończy bieg w innym  potoku. Podniósł się tylko stan wody, bo deszcz padał bez przerwy od 13.do 15.września. Pamiętny weekend, który zniszczył życie  wielu ludziom.  Wstrząsający czas.  Tak wyglądał strumyk Wilka  w niedzielę 15 września po południu.  Nie przelał się przez murek.


   W lecie wody nawet nie widać wśród bujnej roślinności. Na zdjęciu wnuczka z różami. I domek od strony drogi.


Zachęcałam znajomych do indywidualnych wpłat pomocowych na rzecz szkoły we Wleniu.

Robiąc porządki w swoim mieszkaniu natknęłam się na stare pocztówki z Lądka- Zdroju, które moje córki dostały od dziadka , czyli mojego ojca 26 lat temu. To a propos pocztówkowej pasji, o której ostatnio wspominała Guciamal  w swoim poście. Mam pocztówki ze swojego dzieciństwa, to niezwykła kolekcja. Sama nadal wysyłam widokówki  niektórym swoim znajomym i rodzinie.


 Byłam w tym miasteczku  5 lat temu podczas pobytu w sanatorium w Polanicy- Zdrój. Niewyobrażalna tragedia spotkała mieszkańców tego urokliwego uzdrowiska. Solidarność naszego narodu jest pocieszająca, ale obecne reportaże z zalanych terenów,  np. z Głuchołaz, czy Nysy są nadal  tragiczne i  bardzo smutne. 
W Lądku był też kiedyś,  w latach 80. mój teatrzyk japoński Kimiko na zaproszenie miejscowego  klubu esperanto. Pojechali sami, znaczy z jedną mamą, bo ja wtedy na dniach spodziewałam się Dominiki.  Dawne  czasy, ale pamiętają to moi  uczniowie. Pisali o nas często  w prasie, a ostatnio moja dawna wychowanka Aga, która mieszka we Włoszech od 30 lat napisała swoją autobiograficzną książkę La tempesta benevola, gdzie wiele miejsca  poświęca naszemu japońskiemu teatrzykowi i swojej wychowawczyni. Na zdjęciu w  naszym wojewódzkim radio Rekord, gdzie opowiadałam o książce  mojej uczennicy, która już zdobyła parę nagród i wyróżnień.

Ale o tym napiszę więcej innym razem po zapowiadanej wizycie we Włoszech. Mam dużo satysfakcji ze swojej wieloletniej pracy.

niedziela, 25 sierpnia 2024

Alain Delon w mojej nastoletniej pamięci.

       Tak się ostatnio składa, że po przerwie wracam do pisania z powodu odejścia osób, które zostawiły pewien ślad w moim dojrzewaniu czy kształceniu. Całe wakacje spędzam z wnuczką i moim amerykańskim mężem, który pomimo, że w Polsce od 12 lat, to nadał żyje w swoim jankeskim świecie. Dzień zaczyna od dziennika z poprzedniego dnia i wyzywania Trumpa od f*idiot, debil,  i  f*liar . A popiera go prawie połowa narodu, i co z tego wyniknie? 
 Olimpiada w Paryżu interesowała mojego Gospodarza w momencie otwarcia, bo to Paryż jest dla niego stolicą świata, he loves Paris like Frank Sinatra, a New York już nie. Zadziwiony był w pewnym momencie zamknięciem, bo skąd ten Tom Cruise i po co? Nie wzruszyła go informacja, że następna olimpiada w Los Angeles, a rywalizacja medalowa z Chinami też go nie ekscytowała. To przecież wiadomo, że Amerykanie są najlepsi, bez dwóch zdań.
 Bardziej zmartwił się trzęsieniem ziemi w tym mieście, które nastąpiło za parę dni oraz doniesieniami o przekroczeniu prawa przez amerykańskich policjantów, którzy zabijają niewinnych ludzi, albo o rocznicy wielkich pożarów na Hawajach z zeszłego roku.
       18 sierpnia w niedzielę wieczorem pytam go co w wiadomościach mówili o Alain Delonie ? Sprawdza  w internecie, acha, ale to gwiazdor kina europejskiego, to nie znany w USA szerokiej widowni, tylko koneserom.

I wcale nie jest ładniejszy od Brada Pitta czy George`a Clooney.  O, nie. O wiele ładniejszy. To inne pokolenie. Wszyscy jednakże przypomnieli sobie o Alainie Delon z okazji filmu Asterix na olimpiadzie i jego genialnej roli Cezara, gdzie z autoironią przedstawia siebie samego. Bo przecież Alain Delon to francuski monument i legenda jak Catherine Deneuve w roli Marianny wiodącej lud na barykady. A druga ikona to Brigitte Bardot , która zapisała się w historii kinematografii, nie tylko francuskiej.
      Kino i telewizja była wielką pasją mojego pokolenia, chodziło się nieraz na dwa seanse w ciągu dnia, a w telewizji od lat 70. można było obejrzeć wartościowe filmy, które wcześniej nie ukazały się w kinach.
 Alaina Delona uwielbiałam od dziecka. W telewizji zobaczyłam film Czarny tulipan, wcześniej Fanfan Tulipan, gdzie grał Gerard Philippe, ale chyba na początku mylili mi się ci aktorzy. W latach 60. filmy płaszcza i szpady wzbudzały wiele emocji i uwielbienia i w ogóle filmy kostiumowe z chwalebnej historii francuskich Ludwików, aż do Wielkiej Rewolucji. Wtedy to niepodzielnie panowała Markiza Angelika, Trzej muszkieterowie czy legendarny Zorro. Nie mogło Alaina zabraknąć w westernie, Samuraj i kowboje to zgrabna mieszanka paru kultur. Jako nastolatka zakochałam się w roli profesora w filmie Pierwsza spokojna noc, mniej znanym obrazie włoskim. Nie pamiętam czy z kina , czy telewizji. Ale film Trzy kroki w szaleństwo, w reżyserii trzech wybitnych reżyserów i z doskonałą obsadą, na pewno widziałam w kinie. Sam tytuł już mnie niezmiernie pociągał. I plakat, który pamiętam. To były trzy nowelki i Alain, nomen omen w roli sadystycznego Williama Wilsona. Podobał mi się bardzo ten typ, przystojny bad boy. I w ogóle coś niezwykłego w życiu. Jak moja algierska historia, gdy dostałam się na studia. 
Kultowe filmy z aktorem potem oglądałam już w telewizji, Rocco i jego bracia, Lampart, Zaćmienie, Był sobie złodziej, Klan Sycylijczyków. A z ostatniej mojej młodzieńczej pamięci, to kinowy Port lotniczy`79 i Teheran 43.
 Parę lat temu pytałam mojej francuskiej koleżanki jaki jest stosunek Francuzów do swojego gwiazdora. Nie lubili go za  prawicowe poglądy, szczególnie z ostatnich lat, ale już wszystko przebaczyli. Wszyscy znają jego wzruszający stosunek do zwierząt.

Wczoraj był skromny pogrzeb aktora. Natomiast uwielbiano go zawsze w Azji, Rosji czy dawniej Związku Radzieckim . Oczekiwałam teraz jakiegoś filmu z Delonem w polskiej telewizji i się doczekałam. Na Kulturze przypomnieli w sobotę najpierw dokument Alain Delon jakiego nie znacie, a potem kultowy film W kręgu zła, gdzie papieros w ustach aktora, to chyba inspiracja do zachwytu bohaterów z Rejsu. Ale francuskie nowofalowe dłużyzny tutaj nie wadzą, potęgują napięcie. Pewnie nie dla współczesnych widzów. Z ogromną przyjemnością zanurzałam się w magicznym nastroju filmu, patrzyłam na elegancję dawnych francuskich aktorów, Bourvila i Yves Montanda/ gdy już wytrzeźwiał/, na stroje lat 70. i zdjęcia Paryża. Wciągałam się w wolno opisywaną kryminalną historię, prawie grecką tragedię naznaczoną fatalizmem . A przede wszystkim patrzyłam na piękny obraz Alaina Delona, prawie amerykańskiego tutaj, w płaszczu prochowca i zawsze w koszuli z krawatem. Film skończył się o 1.30. 
Wzruszyłam się śmiercią aktora w związku tak w ogóle z przemijaniem i następującymi procesami starzenia. Taką refleksją, że wszystko się kończy, ale „ my żyjemy”, chociaż half past, jak to mówił inny bohater filmowy i poeta. Acha, jeszcze chciałam powiedzieć, że  kiedyś  pomieszkiwałam we Francji i byłam na koncercie oraz spotkaniu z Jane Birkin, filmową koleżanką Delona, znaną ze słynnego wykonania piosenki Je t`aime, moi non plus. Miała wtedy 62 lata i mnóstwo planów przed sobą.

Bardzo mi się podobał wtedy jej dojrzały ekologiczny image. Zmarła w zeszłym roku w wieku 74 lat. Czy wiadomość o śmierci aktora zwróciła na dłużej waszą uwagę?
 Post scriptum 3 tygodnie  później.
W mediach społecznościowych polubiłam parę stron poświęconych Alainowi Delonowi i zobaczyłam na nich  absolutny fenomen popularności i uwielbienia aktora na całym świecie.

To mnie naprawdę zadziwiło. Napisałam kilka komentarzy- postów, wszystkie były polubione po wielokroć i odpisywano na moje pytania. Zwykle nie piszę obrazkowych postów, tylko refleksje. Pytałam skąd  osoby są i jakie filmy z aktorem lubią szczególnie, czy pamiętają z młodości.  Czy w ich kraju był dubbing, czy aktor grał u nich  itd  Czy coś wiedzieli życiu prywatnym? Szczególnym zainteresowaniem cieszył się mój post, gdzie wspominałam wizytę aktora w Polsce w 1999 na Gali Tele Kamer. Tak się składa, że byłam wtedy w Warszawie, chciałam się dostać do "empiku", ale nie było szans. Za późno dowiedziałam się o tej wizycie, czy za późno zdecydowałam się jechać.  To było w połowie  zimnego stycznia. Czatowałam trochę pod hotelem Bristol i Teatrem Polskim. Mój post polubili nawet dzieci aktora, Anthony oraz Anouchka. Oni zamieszczają czarujące filmiki z ojcem, czy francuskie  TV programy z nim, których my nigdy nie oglądaliśmy w Polsce.  Te zdjęcia wstawiłam w komentarzu na FB,  należą do TeleTygodnia, żeby nie było:) Bardzo się podobały.

A teraz wieczorami oglądam filmy z Delonem na YouTube. Najlepsze są te z lat 60. i 70., bo potem już takie komercyjne. Muzyka  filmowa jest genialna, szczególnie w Klanie Sycylijczyków.

piątek, 26 lipca 2024

Czy chodzicie na letnie imprezy?

Od prawie 12 lat większość wakacji spędzam na Dolnym Śląsku, gdzie odwiedzam swój letni dom. Co roku przyjmuję tu rodzinę i koleżeństwo. Z terenów mojego stałego zamieszkania nie chce się ludziom tu przyjeżdżać. To 550 km, tyle samo ile od nas nad morze. W związku z tym w rzeczywistości nie mam tak wielu gości. Najczęściej jestem tu z jedną wnuczką, Gospodarzem i oczywiście naszym kotem Freddy. To pierwszy wpis od paru lat na temat moich wakacji na Dolnym Śląsku. Tak zeszło. W ogóle mniej pisałam w ostatnich latach. W moim kalendarzu jest kilka imprez w regionie, w których uczestniczymy od zawsze, a ja od dziesięcioleci. Może i Was zainspiruję do wspomnień. Za każdą imprezą kryje się jakiś człowiek, czy grupa ludzi, pasjonatów z danej dziedziny i to mnie najbardziej urzeka. Ktoś musiał rozpocząć daną tradycję, zebrać, zorganizować innych miłośników, a nawet zapaleńców. Chciałabym rozpocząć od imprezy nazywanej Lubuskie Lato Filmowe, czy słyszeliście o takim festiwalu? Pan Lubomir ze Szprotawy, który jeździł żółtą skodą i kochał kino, to on rozsławił swój duży ekaran "Świteź" i amfiteatr. Do połowy lat 70. to był jedyny festiwal filmowy w kraju, rozpoczął się już w 1969 roku. Miałam przyjemność tam bywać w czasach mojego liceum i pierwszych lat studiów. Odległe to czasy, ale doskonale pamiętam i często nawiązywałam w komentarzach, jeśli temat dotyczył polskiego kina. Byłam kiedyś wielką miłośniczką naszej kinematografii, a potem w zyciu zawodowym wielokrotną inicjatorką różnorodnych przedwsięwzięć, również międzynarodowych. To jest ogromną radość z imprezy, ale też poświęcenie, np. życia rodzinnego. Lubuskie Lato Filmowe to sztandarowa impreza województwa lubuskiego, zazwyczaj w ostatni tydzień czerwca. Kiedyś odbywała się tylko w Łagowie Lubuskim. Miasteczko sprzyjało kameralnej atmosferze i prawie rodzinnym relacjom. Wszyscy się znali, łatwo przechodziło się na Ty, spotykaliśmy na ulicy wybitnych wtedy aktorów, piło się razem piwo przy pieczeniu barana na dziedzińcu Zamku Joannitow, wspólnie oglądało filmy w kinie Świteź, czy telewizję w czasie Mistrzostw Świata, kiedy Polacy odnosili jeszcze sukcesy. Dyskutowało się w Sali Rycerskiej na temat kondycji kina polskiego i prawie wspólnie przyznawaliśmy Złote Grona. Ciastka jadłam z Ewą Ziętek i miałyśmy jednakowe sukienki, takie wtedy modne z Cepelii. O, dużo wspomnień z tamtego świata.
Teraz impreza odbywa się w kilku miejscach województwa lubuskiego, ma znacznie szerszy filmowy zasięg i na 50- tkę festiwalu, która odbywała się w 2021 roku pod koniec wakacji zajechałam do Zielonej Góry. Zdjęcia innym razem dołączę. Inny znaczący festiwal w moim regionie to bałkańskie święto Pieczenica odbywające się w pierwszy weekend lipca w miejscowości Gościszów. A kto zaczął ten festiwal? Zespoły ludowe reemigrantów powstawały z każdym dziesięcioleciem pobytu na tych ziemiach. To niezwykłe życiorysy ludzi, wspaniałe głosy i miłość do tradycji.
To rodziny z byłej Jugosławii, a szczególnie z Bośni Hercegowiny. Potomkowie Polaków, którzy za czasów Austro-Wegier przybyli tam z terenów dawnej Galicji. Mówiło się na nich „galicjoki” lub „jugosławianie”. Jak wiadomo na tereny Ziem Odzyskanych przybyli Polacy z różnych stron Polski przedwojennej. Główną atrakcją tego festiwalu jest pieczenie młodego prosiaka, ale palenisk jest kilka i mięsnego smakołyka nikomu nie zabraknie. Bawimy się przy występach zespołów kultywujących bałkańskie tradycje. Śpiewacy i tancerze porywają widzów do tańca, są już coraz starsi, ale wigoru nie brakuje. Czujemy się jak na naszych ulubionych wakacjach nad Adriatykiem. Na ogół dopisuje upalna pogoda. Imprezie towarzyszą stragany z lokalnym rzemiosłem, żywności, napojów i rękodzieła. Dzieci mają moc rozrywek. Na początku lipca i przez dwa tygodnie trwa festiwal Olgi Tokarczuk Góry Literatury. Wybierałam się na niego od początku, aż wreszcie 10.edycja zachęciła mnie do odwiedzin. A najbardziej przyjaźń z moimi koleżankami związanymi zawodowo z bibliotekami. Festiwal odbywa się w kilku miejscach Kotliny Kłodzkiej oraz w Wałbrzychu i Świdnicy.
I do tych miejscowości najbliżej z mojego Gryfowa. Tam pojechałyśmy z wnuczką, a dojechała do nas koleżanka z rodzinnego miasta.
Początek lipca był upalny, szczególnie 8 i 9 lipca, a te dni spędziłyśmy w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Świdnicy, Muzeum Porcelany w Wałbrzychu oraz oczywiście w Zamku Książ i Palmiarni. Ja zakochałam się w Wojtku Chmielarzu i jego wyobraźni, oraz zauroczyłam elokwencją Jakuba Żulczyka. Na spotkaniu literackim z obydwoma pisarzami pojawiły się tłumy, a kolejka do autografów trwała parę godzin. Matylda miała ciekawe międzynarodowe warsztaty podróżnicze i pokaz filmu Wakacje z Mikołajkiem. Palmiarnia zwiedzana w upale to był prawdziwy hardcore, a Zamek Książ zachwycił swoją potęgą architektoniczną jak również malowniczymi ogrodami.
Wnętrza po wojnie zostały zupełnie ogołocone, dopiero w ostatnich latach Zamek zaczął nabierać dawnego splendoru. Nawet spadkobiorcy i ich krewni przesyłają dary. Ostatnią rodzinę Hochbergów, zamieszkującą zamek przed wojną świetnie poznaliśmy w interpretacji filmu Filipa Bajona Magnat. Audio-przewodnik zapoznawała nas z ciekawymi detalami z życia Zamku. Ileż to pracy kosztowało przygotować te ciekawe biografie. Muzealnicy kochają jak mało kto swoje historyczne zawody. 3 godziny zwiedzania, a w środku też nie tak bardzo chłodno, pomimo grubych murów. Dobrze było siąść po wszystkim w klimatyzowanej restauracji i posumować te super aktywne dwa dni. Agatowe Lato w Lwówku Śląskim odbyło się w tym roku już ponad 25-ty. To festiwal dla pasjonatów minerałów, naukowców geologów z całego świata. Zwykle odbywa się w połowie lipca. Wystawy agatów zbierane w miejscowości Płóczki Górne i Dolne koło Lwówka robi ogromne wrażenie, nawet na zupełnych laikach. To aż niewiarygodne, że natura rzeźbi takie cuda. Pięknie wyeksponowane na wystawach w renesansowym Ratuszu Miejskim są wspaniałą atrakcją festiwalu, szczególnie, gdy poprzedzone wykładem profesorów z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Moje rodzeństwo cioteczne studiowało geologię. Ich pasje, poswięcenie obserwowałam przez lata. My też lubimy zbierać kamienie. Na straganach ludzie z całego świata, nawet z Ameryki Południowej. Rozmawiałam z miłym wystawcą z Indii i przymierzałam jego cudowną biżuterię.
Lubań Śląski organizuje tydzień wcześniej Festiwal Minerałów. Też przyciąga tłumy. Na wszystkich imprezach dużo zajęć edukacyjnych , organizowanych przez muzea, bibliotek i różne stowarzyszenia. Dzieci cieszą się z udziału w konkursach, warsztatach, jaka radość z ciekawych nagród, czy tworzonych przez siebie dekoracji. Bo ja wszędzie z wnuczką.
Jednak Lwóweckie Lato Agatowe to największa impreza w regionie i powiat szczyci się doskonałą organizacją i zaangażowaniem wszystkich mieszkańców. Mnóstwo rozmaitych straganów dla każdego, ale te czarodziejsko piękne kamienie są tu największym bohaterami. To dla nich zjeżdżają się ludzie z odległych stron.
W weekend ok. 20.lipca pojawia się następny międzynarodowy festiwal , który rozgościł się już od 30 lat w najpiękniejszej wsi Pogórza Izerskiego. Wybór potwierdzony przez Marszałka województwa. Stacja Wolimierz otwiera się na międzyplanetarne królestwo sztuki, to kolonia artystyczna- to Katmandu Europy w sercu Gór Izerskich. To niezwykła galeria, miejsce spotkań artystów, ludzi z całego świata. Tu stykają się kultury i subkultury z każdego zakątka Ziemi. Wszechwidzące oczy Buddy witają każdego przybysza.
Wschód łączy się z Zachodem. To Dolina Harmonii, przyjaźni, ekologii. Taki górnolotny zachwyt jak u mnie na zdjęciu. Nazywany festiwalem hippisowskim, ale zawiera wszystkie sztuki i prądy kulturowe, w muzyce, ekologii , malarstwie, rzeźbie, filozofii życia i pożywienia. Rozbrzmiewają dźwięki dzieci kwiatów, buddyjskie odgłosy bębnów i cytry, reggae, ostry rock oraz regionalne nuty Łużyczanek- zespołu z bałkańską tradycją. W tym roku rozśpiewały się również kolorowe cygańskie kapele. Przyjeżdżają tu wszystkie pokolenia, od najmłodszych z rodzicami aż do seniorów, z dekady prawdziwych hippisów lat 70.
Można posmakować potraw z całego świata. Uczestniczyć w warsztatach lub wykładach na świeżym powietrzu, tańca, jogi, wegetarianizmu i innych ciekawych, alternatywnych sposobów na życie.
My tam jeździmy od lat, Matylda już czwarty raz. Gdy jej mama i ciocia były młodymi dziewczynami, jeździłam z nimi na Woodstock do Żar. I zawsze mam w głowie swoją studencką wyprawę do Indii i Nepalu. W pierwszy weekend sierpnia natomiast, w Lubomierzu, miasteczku znanym z filmu Sami Swoi odbywa się na wesoło i szałowo Festwal Filmów Komediowych, już po raz 27. To miejscowi miłośnicy kinematografii od lat swoim autentycznym entuzjazmem, zaangażowaniem przygotowują ten radosny festiwal. W miasteczku kręcono wiele filmów, bo ma niepowtarzalny urok dawnych czasów. W Zaułku Filmowych i na Ławeczkach przypomniane są tytuły i zdjęcia filmowych ujęć z miasteczkiem w tle. To tutaj rozmawiałam z Iloną Kuśmierską na miesiąc przed jej nagłym odejściem, gdy świętowano 25 lat Festiwalu. Emanowała radością i witalnością. Na zdjęciu na scenie z lewej strony razem z aktorami znanymi z seriali TV.
W Muzeum Kargula i Pawlaka, czterokondygnacyjnym budynku, biegała po schodach jak tamta dziewczyna z Samych swoi. Zmarła we wrześniu 2022 roku. Zawsze tam pojawiał się Jerzy Janeczek, niestety też już odszedł w lipcu 2021. Tu można się bawić, oglądając nasze polskie komedie lub kabarety i spotykać na Rynku aktorskie gwiazdy. Występują w różnych śmiesznych konkurencjach i bawią się z publicznością. Również i ja pojawiam się tam od lat) Tu w kreacjach z lat 70.
Nie mogłabym wspomnieć o Boleslawieckim Święcie Ceramiki, które zwykle odbywa się ok. 15 sierpnia, w tym roku już po raz 30! W dniach 14-18 sierpnia. Tam bywam rzadziej, bo wyroby nawet na straganach przedstawiają wysokie ceny, ale można upolować małe skarby, nietypowe ceramiczne cudeńka.
To większe już miasto w porównaniu z tymi powyżej i straszne tłumy wszędzie. Bo atrakcji co niemiara. Wystawcy z całego świata, plenery rzeźbiarskie , wernisaże , warsztaty, konkursy . Wielość oferty zadziwia różnorodnością. Najbardziej lubię siedzieć w restauracjach na prześlicznie zrewitalizowanym Rynku wzdłuż Drogi Królewskiej i myśleć o historii tego urokliwego miasta, które kiedyś leżało na przecięciu szlaków miedzy Europą Zachodnia a Rusią. Niedaleko mojego letniego domu mamy tez mnóstwo imprez w Zamku Czocha, Nowogrodziec i Zamku Wleń. Blisko też do Świeradowa i Jeleniej Góry. Ja też mam wyjątkową lokalizację. Gospodarz miał nosa wybierając Dolny Śląsk do zamieszkania. Z przyjemnością dowiem się od Was o letnich imprezach w innych regionach.