Moja lista blogów

niedziela, 16 lutego 2025

Czy świętujecie walentynki?

 Na początku lat 90. wydawnictwo Harlequin rozpowszechniło walentynki w Polsce, a ja zaczęłam upowszechniać to święto w moim mieście na lekcjach języka angielskiego. Nawet z obecnością przedstawicieli Ambasady Wielkiej Brytanii i wysyłaniem pocztówek do prezydenta naszego miasta. Ale była zabawa. O tym niedługo opowiem z okazji rocznicy istnienia mojej szkoły językowej. Na początku było trudno, podobnie jak z Halloween, że to nie nasza tradycja, my mamy święto kobiet czy  Dzień Zaduszny, ale potem powoli się rozkręciło. 

Pamiętam w dzieciństwie miałam koleżankę, której ojciec pracował w USA i wysyłał życzenia swojej żonie o imieniu Walentyna. Wtedy to kojarzyło się z Walentyną Tiereszkową😀 I to były tzw.walentynki, a ja sobie myślałam, ale fajnie w tej Ameryce, na każde imieniny mają pocztówki.

Ale ponad 30 lat minęło i walentynki są  obecnie wesołym romantyczno- przyjacielskim świętem. Jest zwykle dużo koncertów,  warsztatów, kolacji z dedykacja,  promocji zakupowych, spotkań towarzyskich i rodzinnych. Jak wiadomo, traktuję ten blog jak pamiętnik, to  z przyjemnością opiszę sobie ten weekend  na pamiątkę💓💗

Zaczął się już w czwartek koncertem w klubie muzycznym Kameleon. Występował  Amerykanin, włoskiego pochodzenia Joe Caliva, profesor muzyki  na uniwersytecie w Filadelfii,  który śpiewał neapolitańskie pieśni. Najsłynniejsze to O sole mio i Torna Sorriento.

Historia jego obecności w moim mieście też ma miłosny charakter. Mianowicie ucząc języka angielskiego on-line poznał dziewczynę z mojego miasta, przez rok  się uczyli, aż zakochali się w sobie 💕A obecnie planują ślub. Spotkali się po raz pierwszy w Rzymie, gdzie Joe pojechał po raz pierwszy, znaczy w ogóle do Włoch. Tam poczuł zew  krwi czyli swoich korzeni i dopiero wtedy zaczął się interesować muzyką z Neapolu. Trzeba przyznać, że jako profesor muzyki  szybko osiągnął profesjonalizm.
Piątek  spędziłam w naszej szkółce szykując, a właściwie kończąc przygotowanie bookcrossing. O tej popularnej akcji myślałam już od paru miesięcy. Wreszcie się zawzięłam i zrobiłam. Przenoszenie książek jest bardzo  pracochłonne.


Ciekawa jestem czy nasi klienci będą chętni brać te książki i przekazywać je dalej. Książki są poukładane przy samym wejściu.

Dawnych pocztówek od adoratorów mam z córką pod dostatkiem, żeby ich eksponować💓

Popołudnie i wieczór spędziłam z wnuczką na basenie, a potem w naszej galerii na kolacji i zakupach.
Ubrałyśmy się nawet podobnie, w czerwone topy i kamizelki dżinsowe.
Nasza galeria się doskonale przygotowała, dużo promocji na wszystkich stoiskach, ale ludzi nie było  dużo, a młodzi chłopcy siedzieli sami przy stolikach i patrzyli w telefony😁 Dziewczyny chętnie przymierzały ciuszki w popularnych sklepach, my też. Zary u  nas nie ma, ale lubimy się włóczyć po  H&M, TopShop, zaglądamy do Bershki, Sinsay, Tatum. Accessorizes zawsze przypomina mi nasze dawne pobyty w UK. Szkoda, że nie ma Monsoon, Desigual nie wspomnę.

W sobotę spotkałam się z ukochanymi licealnymi koleżankami. Rozmawiałyśmy przez wiele godzin. Raz jedną, raz z druga. Ileż pięknych podróżniczych wspomnień i refleksji  przewinęło się w naszych miłych rozmowach i tyle jeszcze planów przed sobą.
Aż nie do wiary, że ten czas tak leci. 

Nawet jesteśmy do siebie podobne💓
 W niedzielę odpoczywałam do południa, ooo było po czym😁 A potem, już na 16.00 musiałam się zerwać do naszego Regionalnego Muzeum nazywanego  Pałacem Wielopolskich, na pamiątkę dawnych przedwojennych właścicieli. Trochę za wcześnie, bo nie zdążyłam kawy wypić. Czekałam mnie kolejna atrakcja - Koncert muzyki francuskiej- repertuar Ch. Aznavoura i E.Piaf.  Liczyłam na wycieczkę Sur le ciel de Paris😎 A tu porażka, bo artyści śpiewali tylko po polsku. Teksty w tłumaczeniu Młynarskiego, doskonałe, ale spodziewałam się jednak języka Moliera, jak wielu innych widzów.  Na sali pojawiły się  prawie wszystkie nauczycielki języka francuskiego i ich koleżanki. Mój Kim skwitował: Looks like  good time at the retirement home😁 Bo rzeczywiście głównie starsze pokolenie zajęło twarde muzealne krzesełka. Poziom rozrywkowy królował w konferansjerce i wykonaniu. Muzycy mi się bardzo podobali, zwłaszcza  młody kontrabasista.  Udzielał się nastrój lat 60. dzięki niemu. Plik  z muzyką mi się nie chce zapisać i nie mogę pokazać wirtuozerii wykonania  niektórych kultowych pieśni. Ludziom się podobało.https://www.facebook.com/share/p/18mNUswKTn/
 Występ się skończył, a tu godzina jeszcze młoda. Rozrywkę niektórzy  kontynuowali w  Browarze👍, nomen omen, na koncercie piosenek o miłości w wykonaniu naszych lokalnych gwiazd, zespołu  Pandorki.  Browar to nasze Centrum Kultury😁 A ja na rozmowach z koleżanką.
Tymczasem u mojego Gospodarza na Dolnym Śląsku zrobiła się zima. A on na walentynki zrobił sobie blueberry muffins. Pocztówkę  spersonalizowaną  dostałam, Freddy the cat też się podpisał😁
Dzielą nas mile, ale pod tym samym niebem.



A u Matyldy w Islandii odwilż, biegła w Reykjaviku w biegu zorzy polarnej  North Lights Run.  Brawo Matyldur💗💗💗
Kobiety to umieją się zabawić, bo wszędzie ich pełno, na koncertach, wystawach, wycieczkach, fitness klubach i gdzie tam jeszcze. Nasze towarzystwo jest dla siebie zbawienne, pełne wsparcia i dobrego słowa. Uczymy się od siebie i dodajemy otuchy w różnych chwilach.
Wesołe grono w Kameleonie. Pati w pieśniach neapolitańskich słyszała hiszpański, a ja oksytański.

                               A Wy jak spędziliście walentynkowy weekend? 💓💓💓

Galeria wg Dalego👍.

niedziela, 2 lutego 2025

Czy ktoś był w tym kraju?

Pochopem do napisania tego "kombatanckiego" postu było pewne spotkanie.

 Wyjaśnienie: pochop. Przestarzałe, a/chęć, skłonność do czegoś, zapał, zapęd, b/ podnieta, pobudka, impuls, przyczyna. Mój promotor, już dawno temu, zachęcał nas do używania tego słowa, co niniejszym czynię.

Ale ad  rem. I znowu będzie literacki motyw.

Słynny epizod  u Prousta, kiedy smak rozmoczonej w herbacie magdalenki,  paryskiego ciastka, przywodzi na pamięć całe piękno dawnego i niepowrotnego życia,  przydarzył mi się w naszej restauracji Szafran, gdy w towarzystwie Salema i Marty, właścicieli restauracji, z wielkim łakomstwem raczyłam się znakomitym deserem.  Zakąski i obiad były również wyborne,


ale dwie lampki prosecco bardzo mnie zrelaksowały i przystąpiłam do deseru jak do rytuału. Neoreligijnego.😀  Nagle znalazłam się w mojej Baśni z 1000 i jednej nocy, bo tak nazywałam kiedyś swoją pierwszą podróż do arabskiego kraju. Jakiś dobry dżin wyskoczył z butelki i podmienił mnie na dziewczynę sprzed lat. Zajadałam się  deserem, który zawiera  wyśmienity składnik nazywany kunafa czyli cieniuteńkie ciasto knafeh.

Jest również ser ricotta oraz rozpływająca się w ustach czekolada, a na wierzchu łagodna galaretka z mango.

Drobniutkie ciasto kunafa pojawia się we wszystkich deserach bliskowschodnich oraz Północnej Afryki.  Jadłam go wcześniej w  wielu miejscach, ale Salem  przypomniał mi to najdawniejsze wspomnienie.

 Tak zupełnie niedawno rozmawiałam z koleżanką, że nie lubimy  zwiedzać krajów  z wycieczką. Wolę po stokroć sama eksplorować,  przygotowywać trasy, czytać przewodniki. Zagranicę uwielbiam również  "smakować" z lokalną ludnością,  bo więcej dowiaduję się o kraju. Tak rozpoczęłam kiedyś moje pierwsze zagraniczne zwiedzanie, a pamięć o słodkim deserze z kunafą  przywołała z oddalonej przeszłości tamtą młodzieńczą podróż.

Pewne kraje Afryki Północnej  cieszą się ogromnym powodzeniem wśród turystów na świecie. A do tego kraju  teraz się nie jeździ. Ciekawe kto odgadł od razu jaki kraj mam na myśli? Bo dwa się powinny kojarzyć. Największy w Afryce i pięć razy większy od Polski. Kolejna podpowiedź, to zabytki  starożytnej  Fenicji i Rzymu, Sahara, islam i Albert Camus.

 Młodą osobę bardzo  interesowała twórczość Alberta Camus. Egzystencjalizm to domena młodości.

Takie zdjęcie znalazłam. Palma mi odbiła, dosłownie😁

Zwiedzanie tego kraju, było  dla mnie  prawie nabożnym doświadczeniem. Chodziłam śladami pisarza. Nie upłynęło wtedy  tak dużo lat od jego śmierci.  Pierwszy raz w życiu zobaczyłam  starożytne miasto, które też ukochał Albert Camus, o czym pisze we wspomnieniu Retour à Tipasa .
 Mieszkali tam Fenicjanie, Rzymianie, Turcy, Arabowie. Mój ówczesny cicerone czytał Camusa oprowadzając mnie wzdłuż nagrobków, gdzie  na jednym  wyryto cytat zaczerpnięty od Pisarza : Tutaj rozumiem to, co oni nazywają chwałą: prawo do miłości bez miary.  Mówił też, że Tipasę zamieszkują bogowie.  Też tak czułam.  Świeciło porażające słońce, brzęczały cykady, nie znałam wtedy takich  upałów. Widok przedstawiał się tak piękny, że na chwilę ogarnęło mnie uniesienie Było pusto, z dala mieniło się i srebrzyło falami Morze Śródziemne, a my spacerując powoli po forum, termach, amfiteatrze, wzdłuż patrycjuszowskich alejek, zachwycaliśmy się sobą.  Promienny śmiech  przerywał nasze  angielsko- francuskie rozmowy. Zachowuję różne pamiątki  odkąd pamiętam. Taka pocztówka po roku, czy pamiętasz Tipazę?

Zawsze zbierałam pocztówki. Zachowane do dziś wyglądają lepiej niż zdjęcia. Fragmenty z pamiętnika.😀

Prowadziłam też pamiętnik.  Moja ciekawość i zachwyt nad światem był naiwny, pensjonarski, może nawet powierzchowny? Cóż, przywilej młodości.  Grupę przyjaciół  mieszkających w wytwornej, nadal  bardzo francuskiej w stylu  stolicy Algierii  poznałam na ulicach Warszawy.  To byli młodzi studenci ekonomii na wycieczce po Europie wschodniej. Czuli się bardziej Francuzami niż  mieszkańcami Afryki Północnej. Spędziłam z nimi  tylko jeden dzień w Warszawie, a potem korespondowaliśmy cały rok.  Zaprosili mnie na wakacje i pojechałam do Algieru przez Wiedeń i Tunis. Pierwszy raz samolotem. Bardzo dużo tych pierwszych razy pojawiło się podczas tamtej podróży. Pierwsza pizza😁

Moja bardzo  ograniczona wiedza na temat świata, z powodu życia za żelazną kurtyną, pomogła mi  bezkarnie z dziecinną naiwnością zachwycać  się wszystkim. Nawet tymi wielkimi blokami z prawej. To dzielnica El-Harrach. Później podobne widziałam w Marsylii. W Polsce też są gdzieś takie falowce.

Korespondowaliśmy latami, jak widać na pocztówce.

Upał i palmy wzdłuż eleganckiej alei portowej  jakby udekorowanej pięknymi białymi kamienicami w secesyjnym stylu. Algier po francusku szykowny, odurzał śródziemnomorską mieszaniną architektoniczną i przyrodniczą.  Nazywany  Alger La Blanche e magnifique.  Pamiętam Place des Martyrs , gdzie odbywały się Les jeux africaines traditionnels. Słyszę i widzę te tańce odbywające się  po zachodzie słońca. Tak świętowano ramadan.

Kolorowe francuskie  samochody wypełniały  ten nadmorski  reprezentacyjny   Boulvard du Port, jakby  St Tropez z filmu z Louisem de Funes. I wszędzie panował język francuski, kultura i smak dawnych kolonistów. W radio leciały francuskie piosenki, to tam poznałam Jacques`a Brela.  A jazda wzdłuż wybrzeża wydawała się bardzo hippisowska, również znana wtedy  z filmów z Louisem. Nawet mapka  mam dla orientacji.

 Przyjaciele zabrali mnie kiedyś  do Kasbah, starej, jeszcze fenickiej, potem rzymskiej dzielnicy na wzgórzu. Dawnej fortecy osmańskiej  między XVI a XVIII wiekiem.  Oprócz  niekończących się wąskich uliczek i  ciemnych zakamarków, gdzie z pewnością występują problemy kanalizacyjne, bo się czuło, nagle spoza biednych budynków wyłaniały się  imponujące meczety, cytadele i pałace. Wszystkie poświęcone pamięci dawnych władców Imperium  Osmańskiego.  Wspaniałe zamki, większe niż w Stambule. Pocztówki z muzealnych pałaców.

Już wtedy wiedziałam, bo przecież  nie tak dawno skończyłam liceum i zaczęłam humanistyczne studia, co będę robić w życiu. Uczyć się języków obcych i poznawać ludzi innych kultur.  Tzw. trzeci świat jawił się ciekawszy niż zachód, inna religia, inna architektura, niezwykła przyroda Północnej Afryki, otwarci, naturalni ludzie. A potem moje zainteresowania popłynęły dalej, do Indii, Korei, Japonii. A ten Trzeci Świat był zamożniejszy niż my.😀

To były inne czasy, gdy śniady mężczyzna był przystojny i pociągający, a dziewczyny w chustach egzotyczne i piękne. Nie było rytuałów bezpieczeństwa w samolotach,  ten sam śniady mężczyzna nie był uzbrojoną bombą, ale francuskim gentlemanem, a kobieta z El-Harrach, czyli moja Sherifa okazywała się doktorem ekonomii.


Francuska koleżanka, która urodziła się w Algierii, bardzo zaciekawiła się moją historią.   Francuzów, urodzonych w Algierii oraz  w Afrique francaise du Nord, czyli dawnych kolonistów  nazywa się „pieds-noirs” / czarne stopy/  . Tak ładniej brzmi po francusku👍.

 Jacqueline  poszukała  moich dawnych przyjaciół z Algierii już ponad 10 lat temu.  Lamara mieszka w Grenoble, Sherifa i Mahmoud w Montrealu, a Kamel, Houria,  Laziz prawdopodobnie nie żyją😭 jeśli nie wyjechali z kraju.  Nie ma ich nazwisk w internecie  z żadnej okazji.  Jako  wykształceni ludzie powinni pojawić się gdziekolwiek. Ich przyjaciele miewają się świetnie. Mają już wnuczęta, jak ja.  Moment rozstania był kiedyś smutny i zapłakany, ale  z obietnicami spotkania. À bientôt! , nie goodbye. Ale życie się potoczyło.


Od 1994 roku, Algieria  jest niebezpiecznym krajem i zagrożona terroryzmem. Po wygranych wyborach przez islamską partię, kraj  stoczył na krawędź wojny domowej i sytuacja trwa nieprzerwanie  od 30 lat.  Moi znajomi na pewno byli po drugiej stronie barykady.  Obecnie rzeczywistość zmierza ku lepszemu, normalizuje się gospodarka  i chcą wejść z powrotem  na rynki turystyki, bo jest tam wielki potencjał. Ale zaufanie trudno będzie odbudować.

Byłam też wtedy na pustyni, nie tej najdalszej, bo odległości wprawiały w zdumienie. Tylko w saharyjskim Atlasie, wśród Berberów.  Przy piosence Beaty Kozidrak o wodzie na pustyni, zawsze przypominała mi się Algieria.  Pocztówka do rodziców z drogi na  Saharę. Najpierw Kabylia.

Z Kabylii pochodził piosenkarz Idir,  jego piosenkę Avava Inouva
 słuchaliśmy wtedy bez przerwy. Dostałam jego płytę w prezencie. Teraz znalazłam  na Youtube.💓 Jak kolejna magdalenka.
 

Ostatnio jeszcze raz  znalazłam Sherifę i Mahmouda w wirtualnym świecie. Tym razem na Instagramie.   Piękne podróżnicze zdjęcia  z wnuczętami i córkami. Ta bardzo aktywni naukowcy. Szczególnie Sherifa. Bardzo dużo artkułów na jej temat.

I takim sposobem prawie 50 lat upłynęło. Oj, świat się bardzo zmienił. Ale taki wiersz na pożegnanie wzruszył  mnie bardzo i przechowuję go w dawnym pamiętniku.  Historia jak w filmie Pamiętnik, na którym płakały moje córki.


 

czwartek, 23 stycznia 2025

Czy ja tęsknię za Islandią?

Wszyscy się pytają, ale dlaczego ta Islandia tak bardzo mi  się podoba.  Zimna, samotna wietrzna skała na Atlantyku. Dla wielu nieprzyjazny szary kraj, bez zieleni, kwiatów, bez miast gdzie romantyczne zaułki i zabytki. A co takiego tam czaruje i przyciąga?  Ludzie mówią, że  groźna nieujarzmiona przyroda,

Lodowcowy wulkan w oddali.

rozszalały Atlantyk, rozległe nieziemskie pejzaże, osobliwe ukształtowanie terenu, wodospady, gejzery, ciepłe źródła, lodowce, malownicze małe miasteczka z jeszcze mniejszymi luterańskimi kościółkami na wzgórzach.  Islandia jest odmienna niż jakiekolwiek miejsce na ziemi.

Parę kilometrów za Hvolswollur w stronę wodospadów Skogafoss.

 Będąc w Islandii,  odwoziłam dziecko do szkoły i miałam 7 godzin czasu na zwiedzanie okolicy. Szkoda wracać do domu prawie 40 km, i potem znowu przyjeżdżać. Lepiej te same kilometry przeznaczyć na małe wycieczki.

Woda nie zamarza, jest ciepła, gdy większy mróz, unoszą się opary
.

Gdy siedziałam przy kawie, rogaliku albo lunchu na stacjach benzynowych małych miasteczek, wtedy zawsze z ciekawością  obserwowałam rozległe  widoki za oknem i wszystkich ludzi dookoła.


 Patrzyłam na ich  stroje, posiłki, samochody, czasami ogromne jeepy😍



Posiłki w barach są niewyszukane, w stylu amerykańskim, woda za darmo, kawę można dolewać, albo kelnerka chodzi i dolewa.  Kalka z taśmy filmowej się uruchamia😀 Stroje typu casual, no make-up, włosy w kitkę.

Nie ma opłat za parkingi w miasteczkach, ale zawsze są w trasie przy atrakcjach turystycznych. Podsłuchiwałam rozmowy w różnych językach i zgadywałam narodowość. Sama nawiązywałam small talks,  turyści z przyjemnością opowiadali o islandzkich wrażeniach. Zawsze wchodzili zmarznięci do środka😀. Dużo osób pracowało też przy laptopach i ci byli sami, inni ze smakiem zajadali  swoje dania, ale zazwyczaj  parami lub w większej rodzinnej czy przyjacielskiej  grupie. To jakby niezobowiązujący klimat amerykańskiej odległej prowincji. Nawet siedzenia typu wagonowego się zdarzały.

Wszyscy się zamyślali nad pytaniem,  dlaczego  Islandia latem i zimą jest nadzwyczajna.   A ja chętnie uczestniczyłam w  radości turystów, którzy na parkingach wypełniali spokojne bary, zazwyczaj jechali dalej na lodowce. Pewna dawka  mojego różnorodnego doświadczenia sprawiała, że zdarzało mi się wyobrażać osoby w różnych epokach.  Historycznych, filmowych i literackich. Wyobraźnia  szybowała od westernów, opowieści o polarnych odkrywcach,

My też mamy polarne czapki.

poprzez książki Haldora Laxnessa i sagi wikingowe. 
Oprócz Laxnessa mamy paru innych autorów.

 I cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że ta chwila refleksji zasługuje na opisanie. Miałam czas, nigdzie się nie śpieszyłam. Nie jestem turystką, która tu przyjechała na tydzień i w pośpiechu zalicza gejzery, ciepłe źródła, wodospady, lodowiec i wygasłe wulkany.  Studiuję lokalne materiały reklamowe, zakreślam wydarzenia. Czytanie Sagi o Njalu. To  jakby rodem z Szekspira. Ja nie czytałam😃, słuchałam.


Dwa  miesiące w  południowej Islandii. Latem i zimą.  Ale kontrast, szczególnie w obecności słońca na niebie😊. Najczęściej odwiedzam miasteczka o  takich wdzięcznych nazwach jak Hella,  Hvolsvollur, Selfoss, Hveregardi.  Miasta są na drodze z naszej farmy do Reykjaviku, jedzie się drogą zwaną RingRoad Route number 1.


Tu tzw. 😃off-road

Stacje benzynowe w różnych miejscach, lub bary, przywodzą na pamięć dawne zajazdy dla koni, znane z westernów. Ponieważ tu nie ma miast, ani wsi, tylko wolne przestrzenie, to takie mam skojarzenia.



Do obliczania na złotówki trzeba pomnożyć razy trzy i odjąć dwa zera.

Do baru  przy stacji wchodzą wysocy, mocno zbudowani mężczyźni o wikingowej groźnej urodzie. Mają  często długie jasne włosy, piegowatą skórę, ciepłe, sportowe ubrania, odzywają się  w swoim dzikim niezrozumiałym języku. Na stacji  też są sklepy, piekarnie, apteki.  Lubię tam przeglądać pamiątki. Gdy przypadkiem staną mi na drodze ci wysocy, jakby z filmu wyjęci goście, to uprzejmie przepraszają i pytają w czym pomóc. Są jakby nieśmiali, trochę niezgrabni, ale w oczach mają łagodność. 
 
Nasz ulubiony Wiking, sąsiad i kolega z pracy córki. Bardzo życzliwy i pomocny. Natomiast
 Eva. to jakby  nasza krajanka, bo z czeskiej Ostravy. Matyldzia wspaniale się komunikuje z dziećmi pary w mieszance polsko-czeskiej i angielsko-islandzkiej💓
W święta przyjechali do nas traktorem z pługiem, tak zawiało.
                                                               Dzieci szalały na śniegu.

Recytowane sagi w restauracji nomen omen Valhalla to natomiast przypomnienie filmów typu Ludzie z północy: Saga wikingów czy Valhalla: Mroczny wojownik. I taką  klamrą czasu spinają się moje myśli, bo przecież Islandczycy z drogi mówią tym samym językiem, co dawni wikingowie, a ta ziemia zupełnie niedaleko stacji benzynowej, gdzie siedzę, również nie zmieniła się od setek lat. Jest  rozległym terenem lawowym, pełnym czarnych skał, kamieni, porośniętym mchem i szarą trawą. 




Baśniowość scenerii  nakłania i wabi  do przejażdżek przed siebie, wśród tych niezamieszkałych, ciągnących się kilometrami  wymarłych  przestrzeni. Przy otwarciu drzwi trzeba bardzo uważać, bo wiatr dmie z ogromną siłą.  Pola rozdzielane są strumykami, rozległymi rzekami, które w historii  przedostały się z lodowców i utworzyły  tę nieziemską panoramę. Życia przydają koniki i owce w lecie.

Jeździłyśmy tu na sankach z górki i koniki do nas podeszły.


Zdjęcie z początku grudnia, śnieg pojawił znienacka i wszystko zawiało.


Zdjęcia z lata. Owieczki łagodnie sobie spacerują, gdzie chcą. Jest ich w kraju ok. 800 tysięcy.

W przeciwieństwie do tego
 prawie katastroficznego pejzażu, mam słodkie dziecko koło siebie, nieświadome jeszcze dramatyzmu życia. Biegamy  teraz po śniegu, robimy aniołka, bałwanka.  Głęboki oddech, spojrzenie w górę zatrzymuje napływającą łzę. W oddali niemi świadkowie tworzenia świata na tej  osobliwej skalistej wyspie. Wygasłe wulkany.
Matylda też zadziwia się, tutaj śniegiem👍

Droga do domu, w głębi koniki.

Hella- to  dawna nazwa jaskini dla irlandzkich mnichów, która znajduje się na wjeździe do tego małego  tysięcznego miasteczko nad  rzeką Ytri-Ranga. Powstało w latach 20. od jednego  małego sklepiku. Wspaniale rozwinęło się po wojnie, gdy ludzie z Reykjaviku przyjeżdżali tutaj na taneczne imprezy. Blisko stąd na Heklę, niebezpieczny wulkan, który wybucha parę razy na 100 lat.


Hekla w głębi.

Wnuczka w  Helli chodziła do szkoły i  nadal się przyjaźni z paroma dziewczynkami. W obecnej szkole w Laugaland ma szkolny autobus i nie musimy jej zawozić.

Hvolsvollur-  czyli Pole na wzgórzu, miasteczko również  z tysiącem mieszkańców, turystyczne centrum usługowe na trasie do Vik, dokąd jeszcze następne 80 km.  Tam lubię chodzić na plac z pomnikiem- reprodukcją spod  nowojorskiego hotelu Waldorff Astoria Spirit of Achievement, rzeźby islandzkiej artystki  Niny Samundsson pochodzącej z Hvolsvollur. Warto zajrzeć  do dużego pamiątkarskiego sklepu, popatrzeć na  artystyczne towary typu  handmade, i koniecznie do restauracji Valhalla, gdzie można posłuchać historycznej Sagi o Njalu i  wtedy ten dziki język brzmi  czasami łagodniej, a innym razem pełen trwogi i mocy. A już zupełną trwogę i przerażenie można doświadczyć w muzeum Lava,



na wystawie poświęconej wybuchom wulkanów, trzęsieniom ziemi  i geologicznej historii Islandii.
Sklep pamiątkarski w muzeum Lava. Jest jeszcze jeden w dawnym amerykańskim baraku.


Tu wulkan wybuchł mi nad głową i do tego trzęsienie ziemi😱

Wszystkie miasteczka mają geotermalny system grzewczy. Wszędzie wewnątrz jest cieplutko i przyjemnie. Miasta nie są zbudowane na planie niemieckim, nie ma placyków, ratusza, kościoła, ulic promieniście od rynku. Tu bardziej po amerykańsku, jedna główna ulica z saloonem, czyli stacją benzynową, dużym sklepem, barami, urzędami. Pozostałe budowle miejskie rozłożone w pewnym oddaleniu. Ludzie są pomocni i bardzo przyjacielscy. Chociaż podobno mają dosyć obcokrajowców zanieczyszczających  ten kraj.

Tak to widzę  i jeszcze o tym później, bo nie mogę rozstać się z Islandią.




Jeśli się dziwicie, co ja po tych stacjach tak przesiaduję? To odpowiem, że to forma zwiedzania, bo tam wszędzie pole i do tego lawowe, albo lodowiec, niedostępne góry, czy pozostałości po trzęsieniach ziemi czyli  ogromne różnice wysokości i wodospady, a po wulkanach źródła termalne. Taki kraj.

A jeżeli jest stacja, to też małe miasteczko.💔Można z kimś pogadać. Też i po polsku, gdzie Polacy masowo pracują w przemyśle turystycznym i usługowym.