Moja lista blogów

czwartek, 27 marca 2025

Dawno temu na wakacjach w Bułgarii /z pamiętnika/.

Już zamieszczałam  krótko to opowiadanie wcześniej, ale usunęłam, bo wysłałam na konkurs literacki w cyklu Nostalgia. 

 A teraz po obejrzeniu filmu Bogini Partenope poczułam się jak bohaterka, szczególnie ta w końcówce filmu😁 i pomyślałam, żeby podzielić się z wami na nowo  tą awanturniczą przygodą. Mało zdjęć z tamtych czasów, albo niewyraźne. A koleżanka nie lubi prezentować swoich zdjęć.

Nasze dwie bohaterki to Alis i  Megi,  urodziwe i kokieteryjne  dwudziestolatki, które w czerwcu zaliczyły swój pierwszy rok studiów. Są ambitne i pracowite, chętnie wszystkiego się uczą. Obie na studiach humanistycznych. Megi  na najlepszej uczelni w kraju. Znają się od dziecka.

 Gdy odwiedziły rodziców podczas świąt wielkanocnych, to na dziewczyńskich pogaduszkach w  Staromiejskiej, lokalnej kawiarni niedaleko ich domów, zaplanowały wakacyjny wyjazd.

Jest rok 1979. Papież wystosował już do Polaków słynne zawołanie „ Nie lękajcie  się”, ale Breżniew  jeszcze dobrze się miewa.  I Agent 007 Roger Moore w fimie Moonraker ma nadal wiele akcji do wykonania w walce z komunizmem, ale nie w naszych kinach.  Jednakże atmosfera krakowskiej wolności, odwagi, poczucia kosmopolityzmu wpływa na dziewczyny bardzo mobilizująco. Alis wprawdzie studiuje w zaściankowym Rzeszowie, nazywanym przez nią Klerykowem wg Żeromskiego, ale regularnie odwiedza koleżankę w Krakowie. Prócz swoich studenckich przedmiotów, bardzo lubią uczyć się języków obcych. Megi  postawiła na niemiecki, Alis na angielski i francuski. Obie dobrze mówią po rosyjsku. Na krakowskim  Rynku chętnie rozmawiają z różnymi obcokrajowcami. Na dyskotekach tańczą przy Abbie, Bee Gees, Boney M.  Na studiach rozwinęły się w kierunku Queen, Pink Floyd, Led Zeppelin. Lubią też kabaret, a szczególnie piosenkę Kaczmarka Pero, pero.

Są beztroskie, radosne i bardzo dziewczęce. Megi to jedynaczka urzędniczej pary, Alis natomiast, to ukochana córa tatusia i siostra starszego brata.

W lipcu Alis musiała odpracować czterotygodniową praktykę jako kolonijna wychowawczyni.

Dzieci ją uwielbiały, i tak  do tej pory💓 ZOO w Poznaniu.

Megi  też coś miała i dziewczyny wcale się nie widziały. Przed samym  wyjazdem na kolonię  Alis zakupiła miejscówkę na wyjazd do Warny  na 31 lipca  przez Budapeszt z wymianą na 1200zł, a do Bułgarii na 1500zł.  Komunikują się tylko listownie. Nie mają w domu telefonów. Megi  kupiła bilet później. Miały 2 dni na przepakowanie się. Materace  gdzieś się kupiło, i śpiwory nawet dało się załatwić.  Harcerska składnica  najlepsza na zakup namiotowych akcesoriów, menażka, latarka, kostki do podgrzewania itd. Namiot  pożyczony. Plecak wypełniony  w połowie jedzeniem na kempingowe czasy,  konserwy, zupy w torebkach, kisiele, krem nivea na sprzedaż i do użycia, kosmetyki do swojej higieny, trochę podstawowych leków. Ubrań mało, ale starannie dobieranych. Alis tak pisała do rodziców, żeby ją przygotowali na wyjazd:

Dziewczyny, chociaż młodziutkie studentki, mają już doświadczenie w podróżowaniu za granicę. Alis nawet zwiedziła już  częściowo Afrykę Północną, bo jej ciotka pracowała w Libii. Stąd rozwinęła zainteresowania językiem francuskim i kolonialnymi wpływami Francji oraz Anglii.  Megi  ze swojej Galicji bardziej jeździła w kierunku dawnego  cesarstwa Austro-Węgier i kształciła niemiecki. Do enerdówka i pepików, jak się kiedyś mówiło, jeździły na drobne zakupy. Zawsze ktoś odstępował im tzw. książeczki walutowe. Mają nawet ze sobą po 20 dolarów i marek, co było znaczącym zastrzykiem finansowym.

Kemping Gałata koło Warny okazuje się ich domem przez najbliższy czas i zaczynają się ich trzy sedmice na morieto.

Poznani w przedziale  chłopcy z Bydgoszczy stają się ich „rodzicami” i powiernikami. Pomagają rozbić namiot, gdy przyjechali w nocy i podsuwają potem wspaniały pomysł udawania turystek z Finlandii. Oni podawali się za Szwedów i dziewczyny w terenie do nich lgnęły. Jeden z nich   ma brata w Sztokholmie i znają tamte realia. Ponadto popularność szwedzkiej Abby też czyniła ten kraj bardzo lubianym. Jako Finki, dziewczyny zdawały się być z lepszego, chociaż nieznanego świata.

Gorące poranne słońce zrywa z małego namiociku, a przed nimi Morze Czarne, ciepłe, czyste, piękne, najpiękniejsze. Złoty  miękki piasek  wokół  jak okiem sięgnąć,  łagodne fale i słońce. I chociaż gorąco, i skwar, i żar, to nie kojarzy się z Albertem Camus i jego Upadkiem.  Pierwsze zetknięcie blondynek pod upalnym niebem skończyło się wieczorem „na wieszałkie” jak mówili Bułgarzy, ale na nocnej dyskotece  przy przeboju Donny Summer Hot stuff, były dosłownie i w przenośni.

Bułgaria lat 70-tych i  jej czarnomorskie wybrzeże jest szykowne, wyrafinowane i bardzo egzotyczne dla turystek z Polski. Inny krajobraz i ziemia, dużo ukwieconych miejsc, różanych ogrodów, innych  nieznanych drzew i krzewów,  bardzo soczysto zielonych i kolorowych. Jest po prostu pięknie.  Arabskie reminiscencje  ubiegłorocznych wakacji przypominają się  Alis w ich radosnej folklorystycznej muzyce i jedzeniu. Zabawne, że do drugiego dania dają bułki. Turyści z zachodniej Europy przemykają w samochodach z otwieranym dachem, tak się mówiło. Słowo  kabriolet było znane w odniesieniu do  jednokonnego powozu tylko, jak autorka pamięta. Mnóstwo zagranicznych turystów, a przodują młodzi Jugosłowianie i Włosi, starzy Niemcy oraz Turcy czy Arabowie. Ci ostatni czują się w Bułgarii jak u siebie, zważywszy ich wielowiekowe panowanie w tym kraju.

Alis i Megi to oczytane młode kobietki.  W empikach czytają też zagraniczną prasę, a w polskich gazetach felietony  Głowackiego,  Kisielewskiego, Passenta.   Alis to studentka filologii polskiej, Megi studiuje socjologię,  czytają  wszystko co należy.  Elitarna krakowska atmosfera już zakiełkowała w ich umysłach. Lubią przesiadywać po kawiarniach i popisywać się wiedzą na różne tematy, używać wyrafinowanego języka zaczerpniętego z  filmów i piosenek. Takie pretensjonalne zachowanie przenoszą do rozmów z nowopoznanymi chłopakami. Nie uwierzycie, ale jeden z pierwszych wieczorów spędziły w luksusowych Złotych Piaskach- Zlatni Piascy. Po angielsku mówiły Golden Beach, a do tego już blisko do Miami Beach. Też się wydarzył w przyszłości. Wieczór był  w towarzystwie Janoza i Malicza, a rozmawiały wtedy o partyzantce jugosłowiańskiej, bitwie nad Neretwą i Josipie Broz Tito. Wystarczyło tylko dokładnie śledzić losy Franka Dolasa w filmie Jak rozpętałem II wojnę światową i wiedza się przydaje. Alis była specjalistką od filmów. Uzupełniały się z Megi. Oddzielnie rozmawiają po niemiecku i angielsku, razem po rosyjsku. Arystokracja przechodzi  na francuski, pije czerwone wino i je kozie sery w szopskim salat.  Jest jak w filmie Do widzenia do jutra.  Dowiadują się,  że chłopaki mieszkają w Prisztinie. Nie mogą przypuszczać wtedy, co się tam będzie działo  za parę lat.  Jak piękna Jugosławia krwawo się rozleci i dotąd jeszcze republiki walczą o swoją niezależność.

 Ale niech czas znowu się cofnie. W lokalach oprócz narodowych wieczorów słychać przeboje, które dziewczyny znają z „trójki” – in the summer time when the weather is high.. have a drink, have a drive, go out and see what you can find. Bardzo im się podobają ukwiecone  lokale na plaży.  Wydają się luksusowe i ekskluzywne.  Wejście na plaże  jest płatne, to też ich zadziwia. Najdroższe wejściówki zdarzyły się w Złotych Piaskach. Nie widziały w Polsce takich  miejsc.

Następnego dnia po  mlecznym  śniadaniu, małej brazylijskiej kawce z Angelo, chłopakiem z kempingu,  dziewczyny wychodzą przez bramkę i zastanawiają, co będą robić. Miła niespodzianka, bo Malicz i Janoz czekają na nich w swoim srebrnym samochodziku Renault 5. Dziewczyny, zabieramy was do Drużby i winnicy. Plaża szeroka, złota i idylliczna, tak samo piękna jak w Złotych Piaskach. Łagodne fale wyrzucają na brzeg czarne muszle. Spacer wzdłuż plaży, beztroska, radosna pogoda ducha i zabawne rozmowy w różnych językach.

Janoz jako  Alain Delon😁

Wizyta w winnicy i krótka degustacja win.  Tylko słodkie im smakują. Wszędzie  białe lub czerwone  obrusy z charakterystycznymi ludowymi deseniami, ceramiczne czy gliniane brązowe wyroby z wzorami. Tę miłą atmosferę zepsuło pytanie  Janoza, słowami popularnej wtedy piosenki, do you think Im sexy like Rod Stewart, a czy mogę być twoim sexuology profesor?, come on honey, tell me so.

A czy nazywasz się profesor Higgins? Sorry? A może Pigmallion? Jeśli tak, to mogę być twoją Galateą. I tutaj Janoz trochę się zagubił. Już od czasów liceum Alis miała taki zwyczaj zaskakiwać chłopaków jakimś obcym słówkiem, czy pytaniem. To była taka obrona przed odrzuceniem. I tak jestem od niego mądrzejsza, to niech spada. Chociaż Janoz bardzo  jej się podobał, podobny do młodego Alaina Delona, trochę  starszy od dziewcząt, dobrze mówił po angielsku, to shy baby  musiała odmówić. Malicz wobec Megi, samaja liepota,  był nadal szarmanckim dżentelmenem i rozumiał, że wracamy o 22, bo jesteśmy „ z rodzicami” na kempingu.

Kolejnego dnia  „ Jugosławianie”  uparcie czekają rano na kempingu i witają ich słowami  w swoim języku, żartując, że niby przed hotelem Odessa czekają   cały dzień i „demonstrativno nie każem o seksie- recze profesor seksolodzi”. W samochodzie przygotowali taśmy z muzyką narodową i uczyli ich serbo-chorwackiego, typu ty jesi moje sonce, ja tiebie volem etc. Nie zaborawam nikagda.  Następnego dnia wyjechali, ale jesienią wrócili  z wizytą do Krakowa. Tacy byli ambitni w zdobywaniu. Ale to już inna historia.

Zdarzyło się, że dziewczyny zostały cały dzień na kempingu,  a tu  przyjechał autobus Arabów z Syrii i Jordanii, jakby antycypacja  słynnego przeboju Jolka, Jolka. Przyjeżdżały różne autobusy z turystami, Arabowie też się zdarzali. Rozeszli się po kempingu i wszyscy z magnetofonami kasetowymi puszczali  swoje  taneczne melodyjne piosenki.  Totalna dla młodych ludzi egzotyka. Wszyscy tańczyli, rozmawiali.  Arabowie znali angielski, francuski. Dawni koloniści zostawili trwały ślad. Alis  i Megi w tamtych czasach bardzo pasjonowały się innymi kulturami i religiami.  Planowały nawet podróż do Japonii koleją transsyberyjską do Władywostoku, z przystankiem w Mongolii, z powrotem przez Indie. Dużo marzeń zrealizowały w ciągu wielu następnych lat. Tymczasem przypomniały Arabom   pięć podstawowych obowiązków muzułmanina jak ręka Fatimy, a im szczęka opadła ze zdziwienia.

Dziewczyny miały taki rytuał . Najpierw śniadanie z polskimi chłopakami, najczęściej mleko z bułkami i serem kozim. Czasami podgrzewały  coś do zjedzenia na ciepło na takich małych kostkach, które się podpalało. Wzięły ze sobą parę zup w proszku. Wyglądało to bardzo niecodziennie, bo ludzie zwykle mieli jakieś palniki, kuchenki  gazowe. Pękały ze śmiechu obserwując samych siebie. Potem jechały autobusem albo stopem do Warny. Wysiadały gdzieś  niedaleko  placu Cyryla i Metodego koło Wielkiej Cerkwi

Na zdjęciu Alis w swojej arabskiej sukience.

i potem szły  Primorskim Bulwarem do morza na plażę. Podziwiały piękne secesyjne kamienice. Miasto wydawało się  bardzo przyjazne dla turystów, słychać było folklorystyczną muzykę, kelnerzy często występowali w ludowych strojach. Ale zapraszali czasem po francusku.  Dłuższy  czas wisiał taki baner nad ulicą z napisem Sedmica na morieto z datą początku sierpnia 1979 roku.  Czytały cyrylicę, to były ich  bardzo beztroskie tygodnie nad morzem. 

Kolejnym posiłkiem był duży arbuz spożywany na plaży, do tego pomidory i takie niby bułki „wrocławskie”, oraz soczyste winogrona i brzoskwinie. Popijały z butelki wielkim schweppesem. Raz, a była to niedziela 12 sierpnia  niosły wielki arbuz, kolejna antycypacja i Baby z Dirty dancing, a pomoc zaoferowali dwaj przystojni chłopcy. Dwóch Milanów z Belgradu przejęło się, że taki wielki arbuz i jeszcze większą butelkę schwepessu niosą dwie słabe dziewczyny. I tak spędziły resztę niedzieli już w czwórkę żartując na temat Japanese camera czyli radzieckiej smieny i gdzie kto mieszka. Dziewczyny oczywiście w hotelu Odessa, 

Do hotelu  oczywiście prowadziły odeskie schody😍



Upał widać po minie😀A co na głowie?

a chłopcy jako pustelnicy w Wielkiej Cerkwi.   Śmiały się opowiadając realia życia w swojej ojczyźnie, szczególnie na temat wymiany dolarowej  i o tym jak wszyscy zazdroszczą Jugosłowianom. Bo na zachodzie bez zmian.  Zawsze miały w portfelikach tych parę dolarów i marek. Bo zakupy pamiątek w tzw.  CoreCom koriekomie, odpowiedniku polskiego pewexu robiły  przed samym wyjazdem.

Obowiązkowym punktem programu było Mauzoleum naszego Władysława III Warneńczyka. Dotarły tam na piechotę, bo akurat nie trafiał się autostop.  Wróciły już autobusem za 50 stotinek. Przestrzenne historyczne miejsce , ogromny Park z makietą bitwy , zadziwiło to  dziewczyny, pomyślały nad wielkością Polski w tamtym 1444roku. Tak a propos, to najłatwiejsza data w historii.

Chciały też podjechać pod turecką granicę do słynnego Miczurina, obecnie Carewo. Nazwy już nie musieli zmieniać, taka współczesna dygresja, przecież Miczurin dużo dobrego zrobił dla przyrody i środowiska naturalnego.  Wyruszyły pociągiem do Burgas. Tam wysiadły i trochę pozwiedzały, jak zawsze ciekawe świata i ludzi.  Myślały, że prześpią się na dworcu, a rano pojadą dalej do Sozopola, Primorska i Miczurina.  Nasze dziewczyny były pod dobrą gwiazdą w Bułgarii. Kiedy okazało się, że dworce zamykają na noc /!/,  znaleźli się przyjaźni Bułgarzy, którzy użyczyli noclegu, nakarmili i przestrzegali, żeby dalej nie jechać, bo nie ma dobrego połączenia. Ciekawe pogaduszki o wspólnocie demoludów ciągnęły się długo w noc. Tu przydał się rosyjski. Alis przez rok miała tzw. SCS czyli starocerkiewno-słowiański  i historię języków słowiańskich studiowały na żywo.  Wróciły do Warny i na swój kemping, gdzie  przez kilka dni odpoczęły od wrażeń i poopalały się w towarzystwie swoich „rodziców” oraz miłych  czeskich studentów z Trnowa,/ nie mylić z Vieliko Tyrnowo/ a właściwie Słowaków. Bardzo zachwalali swoje miasto i zapraszali do siebie.  Wszyscy jedli arbuzy i próbowali różne rakije. Ohyda. Wieczorami wspaniałe dyskoteki i Dancing queens to dziewczyny, having the time of the life posiadając One way ticket z zespołem Eruption.

Jedno z moich ładniejszych zdjęć z czasów studenckich. W tle słowacki student.


Projekty na zwiedzanie nadal  były obecne. Po śniadaniu jak zwykle idą na stopa z planami na Bałczik.  Zatrzymuje się biały wolksvagen z otwieranym dachem, a w środku dwóch  młodych miłych Włochów, Moreno i Ivano. Kiepsko mówią cywilizowanymi językami, ale chętni pojeździć z nimi i zobaczyć bułgarskie historyczne miejsca.  Czuły się jak w filmie, gdy wiatr rozwiewał im włosy, stawały podczas jazdy i krzyczały one way ticket.  Bo pierwszy raz w takim samochodzie.

Bałczik, Albena, niedostępna Kaliakra. Miejsca wielu tragicznych wojen już od czasów wczesnochrześcijańskich, potem z Imperium Osmańskim, z Rosją. Ślady rzymskie,  ragazzi qualcosa capisci.  Bałczik już od czasów greckich jako Dionizopolis, potem grecko-bizantyjska forteca ma długą i wspaniałą historię.  Religie zostawiały ślad,  stąd meczety wymieniają się z cerkwiami, a jest ich kilka.  Piękne położenie upodobała sobie królowa rumuńska  Maria, bo  też zdarzył się  epizod rumuński tego  uroczego miasteczka i postawiono dla pięknej monarchini imponujący  orientalny pałacyk.

Prawie jak królowa. W jednych butach i może jeszcze japonki.

Młodość,  radość, uroda tej grupki krótkotrwałych  przyjaciół była  piękna jak otaczająca ich przyroda i zabytki. Śmiali się i radowali z każdej możliwości porozumienia się. Jedna z dziewczyn powiedziała, że czuje się jak Isadora Duncan, dobrze, że nie ma szala. Ale ragazzi chyba nie zrozumieli, co miała na myśli.  Na plaży bawili się falami, krzyczeli, skakali jak dzieci. Bellissime.

Ale byłam strzaskana słońcem.

W ostatni dzień pobytu sprzedały Bułgarom na kempingu swoje materace, śpiwór, okulary, nawet poszły rozpoczęte kremy nivea.  Zakupiły parę pamiątek, olejki różane, gliniane dzbanuszki, obrusiki, bieżniki to były wtedy, rakije, koniak Slanciv Briag, pocztówki.

Żegnały Warnę z wielkim rozrzewnieniem i wzruszeniem oraz Bułgarów, przyjaznych, serdecznych,  przemiłych ludzi.  W drogę powrotną ruszyły oddzielnie,  Alis przez Budapeszt, Megi przez Lwów, bo przecież bilety kupowały też oddzielnie i nie porozumiały się w tym zakresie.

 I koniec beztroskiego dzieciństwa i  szczeniackich wygłupów, czas wracać na pokład jawy. 

Dziewczyny skończyły studia z wyróżnieniem. Megi wyjechała za granicę, Alis wróciła do rodzinnego miasta. Z powodzeniem realizowały swoje zawodowe  kariery. Wyszły za mąż. Potem ich drogi  częściowo  się rozeszły.  Wychowały dzieci i doczekały się wnucząt. Czas płynie nieubłaganie. Nadal dużo podróżują  ze swoją dawną ciekawością świata i ludzi. Spotykają się on-line. Tamte wakacje często wspominają, chociaż widziały potem wiele ciekawszych miejsc, ale tamto było jak sweet sixteen, gdzie wypadało być niedojrzałym, bez pieniędzy, podróżować stopem , nie malować się i pić mleko na śniadanie.💓
            

czwartek, 13 marca 2025

Home sweet home , Alabama? No, Silesia.

Gdy siedzę tu  przy biurku w swojej wiejskiej hacjendzie mam dzisiaj przed sobą zimowy pejzaż w dwóch ramach  okiennych.  Widzę leszczynę , zaczęła pylić w tym tygodniu, niektórzy już narzekali na katar.  Krzewy rododendronów nieśmiało otwierały pączki.

A tu widać moje wygodne łóżko😀. I aniołki

W głębi rozmaite "choinki" i samosiejki, które w lecie zielenieją i rozrastają się bezkarnie.  Przebiśniegi, krokusy, zawilce  upiększały  trawę, którą powoli skutecznie atakuje  mech.




  Już wczoraj pokryłam je specjalnym nawozem.   A mała gromba- regionalizm świętokrzyski- zbocze, urwisko- z tym śniegiem przypomina saneczkowe górki. Obecnie rzadki już widok  dzieciaków wesoło  zjeżdżających z górek. Jadą w Alpy, do Włoch czy Austrii. I tu proszę mój wnuczek Kuba w Livigno.

Lubię  przyjeżdżać na wieś, bo oddzielam się od mojego życia w rodzinnym mieście.  Przybieram tu inną osobowość, mówienie po angielsku stwarza taką iluzję. Tu jestem Housewife- żona domowa,  ale nie desperate or mad one.  Taka do towarzystwa💖. Na pewno nie Martha Stewart.  Amerykański Gospodarz, który bardziej utożsamia się ze Szkocją dostarcza mi    filmowych wrażeń od rana. Dzisiaj jakby bohater Benji  i sam Kieran Culkin w Oskarowej roli w filmie Prawdziwy ból wstąpił w nasze skromne progi.  Wszystko nazywane jest  popularnym słowem f*,  po pierwsze f* snow-śnieg, f* cold-zimno f*Poland,  f* news, f*Trump- o tym już słyszę od wakacji. A Trump już nie lubi  nasty-niegrzeczny, nieprzyjemny  EU, nie chce być ripped off- oszukiwanym. Chce make America great again.  Co za ulga, że Gospodarz utożsamia się ze Szkocją. I już się martwi o Matyldę i Dominikę, które wybierają się na Wielkanoc do USA.

 Jego szkocki duch  czasem objawia się w żywieniu, bo kupuje kaszankę, która przypomina mu haggis, a niemiecki  geist od  emigrantów z Milwaukee to leberwurst. Owsianka to już takie internacjonalne jedzenie, ale naleśniki z bekonem to po amerykańsku. Śmierdzi w całej kuchni, pomimo pochłaniacza.

Czasami jest ekstrawagancki jak Dali😁That`s me tak mówi. Oglądaliśmy film o artyście. Niebanalny jak twórca,

Ja lubię śnieg,  naprawdę, pokrywa wszystkie gospodarcze niedostatki, dookoła jest ładniej, czysto z pewnością, a drzewa i krzewy  ciepło ubrane.  Podczas tego nagłego wiosennego ataku zgrabiłam przynajmniej liście i gałęzie. Nawet zasadziłam bratki.


  Chyba  pierwszy raz od dawna  na początku marca wystąpiła taka ciepła pogoda.  Na ogół przyjeżdżam tutaj o tej porze z powodu urodzin Gospodarza. Nie pamiętam podobnego ocieplenia. Zwykle jeździłam wtedy na nartach na Stogu Izerskim. A tu proszę choćby Karaiby,
American beauty😁

Idę na spacer. Dokończę potem. A śnieg pada, dom wygląda ładniej otoczony bielą, ale jest mokro, bo tylko 0 stopni.

Tak się składa,  że moje obowiązki housewife, to przede wszystkim towarzystwo,  Freddy the cat, chociaż  słyszy stale różne czułe słówka, to   nie odwdzięczy się słownie, może zamruczy. Ja chociażby powiem jakiś komplement chwalący krewetki, fasolę z grzybami, tudzież wspomniane naleśniki, już na słodko.  Gospodarz jest znakomitym kucharzem. Zakupione też zostało urządzenie do robienia gofrów.

Dżemów pod dostatkiem, zarówno peanut butter i obowiązkowo maple syrup.  Żebyś tylko była, to jestem i przypadkiem nie narzekała, czy zmieniała położenie czegokolwiek w tym domostwie, bo atmosfera może się popsuć. No to mam swoje schody do nieba😁

Stairs to heaven or to  Snow country. My escape.

 A Gospodarz marzyłby o Alabamie where the skies are so blue, Lord Im comin` home to you.

środa, 5 marca 2025

Blogowe spotkania i wiejskie rozrywki.

      I przyjechałam do mojej wiejskiej hacjendy. Skrzynki pocztowe usychają z tęsknoty za listami. tak rzadko tu ludzie zaglądają. Poczta elektroniczna zdetronizowała dawne koperty, widokówki i karty pocztowe. 


Słońce rozciąga się na wiosnę, aż nie chce się wierzyć, że za niedługo i tak śniegiem sypnie, ale przebiśniegi i przylaszczki   już proszą się o nowe życie.

Gospodarz zarządził nowoczesne porządki w domu.  To chyba z okazji swoich półokrągłych urodzin.

Świeczka fajerwerkowa nie bardzo go interesowała 

Co za ulga. Nowe schody na pięterko  pomogą  bez strachu wnosić tace na taras. Do tej pory obawiałam się, że stracę równowagę nie trzymając się poręczy.  Ściana  szykuje się zamkowa- kamienna, podobna do tej  kominkowej.   Wrócił z Irlandii  sąsiad Robert z rodziną, złota rączka.  Nie ma problemu z angielską  komunikacją, kolejna ulga w technicznych tłumaczeniach. Polecił go mój ulubiony inny sąsiad, a prywatnie pierwszy mąż koleżanki.  Pierwszy i na razie jedyny.  Mam nadzieję na upiększenie  naszej  wiejskiej  siedziby.

Zabawek elektronicznych też  w domu   przybyło.  Zakładam okulary  i od razu przenoszę się do eleganckiego hotelu na Karaibach. W każdym pomieszczeniu mam gazowy piecyk. Koniec  z rozpalaniem „kozy”. Telewizory, tablety też są wszędzie, ale tu  po staremu. Przydałyby się jeszcze nowe telefony dla prawie stałych domowników, czyli dla mnie i Matyldy. Może coś w tym względzie się wydarzy. Gospodarz lubi zaskakiwać. Matylda obchodziła swoje 9.urodziny prawie z Gospodarzem. Taka łączność była naszym udziałem. Z ciociami i siostrami.


Blogosfera się zmienia z powodu krótkiego zakresu koncentracji czytelników, jak tłumaczą socjologowie😁.   Social media  czyli pismo obrazkowe zagarnęły internetową społeczność znaną sprzed 20-15 laty. A ja nadal lubię pisać mój pamiętnik, dawno temu francuski, obecnie bardzo swojski. 

Przez lata   oczekiwałam  w moim pisaniu  różnych grup docelowych w zależności od dekad mojego życia.  Pierwszym celem były  panie w średnim wieku  w związkach z obcokrajowcami i mieszkające za granicą. Spotkałam kilka, widziałyśmy się w realnych okolicznościach i z pewnością znalazłyśmy wspólny język. Niektóre piszą książki, jak np. spotkana w Anglii czarująca Ajsza, inne zajęły się własnym wizerunkiem- Mrs Singh na Instagramie lub intensywną pracą w realu.

Potem interesowali mnie ludzie remontujący stare domy i niech będzie, że związki z obcokrajowcami. Ich zabawne postrzeganie naszego kraju również lubiłam czytać. Najpierw rzeczywiści we mnie to bawiło. Teraz  towarzyszy mi chyba zniecierpliwienie, gdy kolejny raz tłumaczę jak dostać się do specjalistów, czy jak uniknąć pomyłek miedzy płatnością za śmieci, a za wodę.  Na dobrego kardiologa, nawet prywatnie czeka się pół roku. Czy na pewno się dożyje do appointment? 

I trzecie podejście do blogów było już znacząco rozszerzone do osób o  humanistycznych zainteresowaniach, lubiących podróżować czy snuć poruszające refleksje na rozmaite tematy.

Z taką walizką człowiek zobaczy kawałek świata.

 Mieszkających za granicą, obserwujących  różne społeczeństwa. Starszych, dojrzałych mających ugruntowaną  szeroką wiedzę z różnych dziedzin życia, ale zdecydowanie  w stronę kulturową.

Traktuję blog jak grupę towarzyską, okazję do poznania ciekawych ludzi w rozlicznych miejscach zamieszkania.  Jak dobrą książkę do czytania, która zostaje w pamięci.  Dążę do spotkania na żywo  w miarę możliwości, jeśli gdzieś przypadkiem znajdziemy się  w przestrzeni nam odpowiadającej. To dla mnie jak spotkanie  z autorem, obecnie tak modne i wszystkie biblioteki o to zabiegają . Jestem czytelnikiem, chcę poznać  autora, jeśli nadarzy się sprzyjająca okazja. Zwykle czytam noblistów, tak mówię w towarzystwie.😀 Podobnie jest z blogami,  literacki styl pisania doceniam ponad wszystko. Pasję, która  nas tworzy, pewien zapał i  entuzjazm w pisaniu   niesztampowych treści.

Po latach znajomości, bo już od francuskich czasów spotkałam się  we Wrocławiu z Pszczółką. Umówiłyśmy się jak stare koleżanki, bez żadnego wcześniejszego przygotowania, tak po prostu. Napisałam, będę 2 marca we Wrocławiu, mam 2-3 godziny wolne, może się spotkamy? A ona, oczywiście. A była niedziela około południa. Czas rezerwowany dla rodziny najczęściej, na mnie też czekał Gospodarz z przywitalnym obiadem w restauracji. Rozmawiałyśmy z Pszczółką prawie  4 godziny. A tłem pierwszych godzin było BWA na dworcu.

Wrocławski dworzec jest naprawdę imponujący.

Co za wspaniały pomysł, na lokalizację BWA i na spotkanie.  Jej wnikliwe, niewymuszone uwagi na temat sztuk współczesnej bardzo mnie ujęły.
Obie widziałyśmy azulejos i twarz, rękę wskazującą trasę
.

Taki kominek to ogrzałby Riverhouse, od parteru po strych.

Łagodny spokojny ton w głosie, jej  naturalne zasłuchanie w to o czym mówię, wzajemne przerywanie sobie, żeby więcej powiedzieć, uzupełnić wypowiedź i myśl wzajemną.  Pszczółka  taka krucha wrażliwa, chciałabym powiedzieć jak niektóre uczennice z pierwszych lat mojego nauczania. Taka subtelna, ale badawcza jest w swoim pisaniu i w życiu. Pełna zadumy, humanistka w każdym calu.
Czytałyśmy tu listy emigrantów, na folii. Niezrozumiałe, nieszczęśliwe jak oni sami.

Moja mała druga ojczyzna ma tyle ciekawych życiorysów wokół. Pozapisuję niektóre zanim odejdą na zawsze. Mieszkańcy tych opuszczonych domów. Zawsze, gdy spaceruję, to  myślę jak wyglądała ich przeprowadzka z dawnych ziem Rzeczypospolitej. Skąd przybyli, a kto mieszkał tu wcześniej.


PS. Obejrzałam  do tej pory z Gospodarzem parę oskarowych filmów i nominowanych. Brutalista, True pain -Prawdziwy ból,  A complete unknown- Kompletnie nieznany, Dziewczyna z igłą. Nie będę pisać recenzji, bo już późno😀

Jedna refleksja zawsze mi się nasuwa. Czuję się związana z kulturą anglosaską przez rozumienie kultowych amerykańskich piosenek- hymnów  lat 60. oraz cały ich background i jak miło oglądać te filmy z moim amerykańskim bohaterem, który kiedyś zgłaszał się na wojnę do Wietnamu jak w Hair, przez pomyłkę,  ale go nie przyjęli i żyje.😁 Cały czas coś mi tłumaczy. 
How does it feel? To be without a home
Like a complete unknown, like a rolling stone. To nie dla Micka Jaggera, ale w Oskarach wystąpił.

niedziela, 16 lutego 2025

Czy świętujecie walentynki?

 Na początku lat 90. wydawnictwo Harlequin rozpowszechniło walentynki w Polsce, a ja zaczęłam upowszechniać to święto w moim mieście na lekcjach języka angielskiego. Nawet z obecnością przedstawicieli Ambasady Wielkiej Brytanii i wysyłaniem pocztówek do prezydenta naszego miasta. Ale była zabawa. O tym niedługo opowiem z okazji rocznicy istnienia mojej szkoły językowej. Na początku było trudno, podobnie jak z Halloween, że to nie nasza tradycja, my mamy święto kobiet czy  Dzień Zaduszny, ale potem powoli się rozkręciło. 

Pamiętam w dzieciństwie miałam koleżankę, której ojciec pracował w USA i wysyłał życzenia swojej żonie o imieniu Walentyna. Wtedy to kojarzyło się z Walentyną Tiereszkową😀 I to były tzw.walentynki, a ja sobie myślałam, ale fajnie w tej Ameryce, na każde imieniny mają pocztówki.

Ale ponad 30 lat minęło i walentynki są  obecnie wesołym romantyczno- przyjacielskim świętem. Jest zwykle dużo koncertów,  warsztatów, kolacji z dedykacja,  promocji zakupowych, spotkań towarzyskich i rodzinnych. Jak wiadomo, traktuję ten blog jak pamiętnik, to  z przyjemnością opiszę sobie ten weekend  na pamiątkę💓💗

Zaczął się już w czwartek koncertem w klubie muzycznym Kameleon. Występował  Amerykanin, włoskiego pochodzenia Joe Caliva, profesor muzyki  na uniwersytecie w Filadelfii,  który śpiewał neapolitańskie pieśni. Najsłynniejsze to O sole mio i Torna Sorriento.

Historia jego obecności w moim mieście też ma miłosny charakter. Mianowicie ucząc języka angielskiego on-line poznał dziewczynę z mojego miasta, przez rok  się uczyli, aż zakochali się w sobie 💕A obecnie planują ślub. Spotkali się po raz pierwszy w Rzymie, gdzie Joe pojechał po raz pierwszy, znaczy w ogóle do Włoch. Tam poczuł zew  krwi czyli swoich korzeni i dopiero wtedy zaczął się interesować muzyką z Neapolu. Trzeba przyznać, że jako profesor muzyki  szybko osiągnął profesjonalizm.
Piątek  spędziłam w naszej szkółce szykując, a właściwie kończąc przygotowanie bookcrossing. O tej popularnej akcji myślałam już od paru miesięcy. Wreszcie się zawzięłam i zrobiłam. Przenoszenie książek jest bardzo  pracochłonne.


Ciekawa jestem czy nasi klienci będą chętni brać te książki i przekazywać je dalej. Książki są poukładane przy samym wejściu.

Dawnych pocztówek od adoratorów mam z córką pod dostatkiem, żeby ich eksponować💓

Popołudnie i wieczór spędziłam z wnuczką na basenie, a potem w naszej galerii na kolacji i zakupach.
Ubrałyśmy się nawet podobnie, w czerwone topy i kamizelki dżinsowe.
Nasza galeria się doskonale przygotowała, dużo promocji na wszystkich stoiskach, ale ludzi nie było  dużo, a młodzi chłopcy siedzieli sami przy stolikach i patrzyli w telefony😁 Dziewczyny chętnie przymierzały ciuszki w popularnych sklepach, my też. Zary u  nas nie ma, ale lubimy się włóczyć po  H&M, TopShop, zaglądamy do Bershki, Sinsay, Tatum. Accessorizes zawsze przypomina mi nasze dawne pobyty w UK. Szkoda, że nie ma Monsoon, Desigual nie wspomnę.

W sobotę spotkałam się z ukochanymi licealnymi koleżankami. Rozmawiałyśmy przez wiele godzin. Raz jedną, raz z druga. Ileż pięknych podróżniczych wspomnień i refleksji  przewinęło się w naszych miłych rozmowach i tyle jeszcze planów przed sobą.
Aż nie do wiary, że ten czas tak leci. 

Nawet jesteśmy do siebie podobne💓
 W niedzielę odpoczywałam do południa, ooo było po czym😁 A potem, już na 16.00 musiałam się zerwać do naszego Regionalnego Muzeum nazywanego  Pałacem Wielopolskich, na pamiątkę dawnych przedwojennych właścicieli. Trochę za wcześnie, bo nie zdążyłam kawy wypić. Czekałam mnie kolejna atrakcja - Koncert muzyki francuskiej- repertuar Ch. Aznavoura i E.Piaf.  Liczyłam na wycieczkę Sur le ciel de Paris😎 A tu porażka, bo artyści śpiewali tylko po polsku. Teksty w tłumaczeniu Młynarskiego, doskonałe, ale spodziewałam się jednak języka Moliera, jak wielu innych widzów.  Na sali pojawiły się  prawie wszystkie nauczycielki języka francuskiego i ich koleżanki. Mój Kim skwitował: Looks like  good time at the retirement home😁 Bo rzeczywiście głównie starsze pokolenie zajęło twarde muzealne krzesełka. Poziom rozrywkowy królował w konferansjerce i wykonaniu. Muzycy mi się bardzo podobali, zwłaszcza  młody kontrabasista.  Udzielał się nastrój lat 60. dzięki niemu. Plik  z muzyką mi się nie chce zapisać i nie mogę pokazać wirtuozerii wykonania  niektórych kultowych pieśni. Ludziom się podobało.https://www.facebook.com/share/p/18mNUswKTn/
 Występ się skończył, a tu godzina jeszcze młoda. Rozrywkę niektórzy  kontynuowali w  Browarze👍, nomen omen, na koncercie piosenek o miłości w wykonaniu naszych lokalnych gwiazd, zespołu  Pandorki.  Browar to nasze Centrum Kultury😁 A ja na rozmowach z koleżanką.
Tymczasem u mojego Gospodarza na Dolnym Śląsku zrobiła się zima. A on na walentynki zrobił sobie blueberry muffins. Pocztówkę  spersonalizowaną  dostałam, Freddy the cat też się podpisał😁
Dzielą nas mile, ale pod tym samym niebem.



A u Matyldy w Islandii odwilż, biegła w Reykjaviku w biegu zorzy polarnej  North Lights Run.  Brawo Matyldur💗💗💗
Kobiety to umieją się zabawić, bo wszędzie ich pełno, na koncertach, wystawach, wycieczkach, fitness klubach i gdzie tam jeszcze. Nasze towarzystwo jest dla siebie zbawienne, pełne wsparcia i dobrego słowa. Uczymy się od siebie i dodajemy otuchy w różnych chwilach.
Wesołe grono w Kameleonie. Pati w pieśniach neapolitańskich słyszała hiszpański, a ja oksytański.

                               A Wy jak spędziliście walentynkowy weekend? 💓💓💓

Galeria wg Dalego👍.

niedziela, 2 lutego 2025

Czy ktoś był w tym kraju?

Pochopem do napisania tego "kombatanckiego" postu było pewne spotkanie.

 Wyjaśnienie: pochop. Przestarzałe, a/chęć, skłonność do czegoś, zapał, zapęd, b/ podnieta, pobudka, impuls, przyczyna. Mój promotor, już dawno temu, zachęcał nas do używania tego słowa, co niniejszym czynię.

Ale ad  rem. I znowu będzie literacki motyw.

Słynny epizod  u Prousta, kiedy smak rozmoczonej w herbacie magdalenki,  paryskiego ciastka, przywodzi na pamięć całe piękno dawnego i niepowrotnego życia,  przydarzył mi się w naszej restauracji Szafran, gdy w towarzystwie Salema i Marty, właścicieli restauracji, z wielkim łakomstwem raczyłam się znakomitym deserem.  Zakąski i obiad były również wyborne,


ale dwie lampki prosecco bardzo mnie zrelaksowały i przystąpiłam do deseru jak do rytuału. Neoreligijnego.😀  Nagle znalazłam się w mojej Baśni z 1000 i jednej nocy, bo tak nazywałam kiedyś swoją pierwszą podróż do arabskiego kraju. Jakiś dobry dżin wyskoczył z butelki i podmienił mnie na dziewczynę sprzed lat. Zajadałam się  deserem, który zawiera  wyśmienity składnik nazywany kunafa czyli cieniuteńkie ciasto knafeh.

Jest również ser ricotta oraz rozpływająca się w ustach czekolada, a na wierzchu łagodna galaretka z mango.

Drobniutkie ciasto kunafa pojawia się we wszystkich deserach bliskowschodnich oraz Północnej Afryki.  Jadłam go wcześniej w  wielu miejscach, ale Salem  przypomniał mi to najdawniejsze wspomnienie.

 Tak zupełnie niedawno rozmawiałam z koleżanką, że nie lubimy  zwiedzać krajów  z wycieczką. Wolę po stokroć sama eksplorować,  przygotowywać trasy, czytać przewodniki. Zagranicę uwielbiam również  "smakować" z lokalną ludnością,  bo więcej dowiaduję się o kraju. Tak rozpoczęłam kiedyś moje pierwsze zagraniczne zwiedzanie, a pamięć o słodkim deserze z kunafą  przywołała z oddalonej przeszłości tamtą młodzieńczą podróż.

Pewne kraje Afryki Północnej  cieszą się ogromnym powodzeniem wśród turystów na świecie. A do tego kraju  teraz się nie jeździ. Ciekawe kto odgadł od razu jaki kraj mam na myśli? Bo dwa się powinny kojarzyć. Największy w Afryce i pięć razy większy od Polski. Kolejna podpowiedź, to zabytki  starożytnej  Fenicji i Rzymu, Sahara, islam i Albert Camus.

 Młodą osobę bardzo  interesowała twórczość Alberta Camus. Egzystencjalizm to domena młodości.

Takie zdjęcie znalazłam. Palma mi odbiła, dosłownie😁

Zwiedzanie tego kraju, było  dla mnie  prawie nabożnym doświadczeniem. Chodziłam śladami pisarza. Nie upłynęło wtedy  tak dużo lat od jego śmierci.  Pierwszy raz w życiu zobaczyłam  starożytne miasto, które też ukochał Albert Camus, o czym pisze we wspomnieniu Retour à Tipasa .
 Mieszkali tam Fenicjanie, Rzymianie, Turcy, Arabowie. Mój ówczesny cicerone czytał Camusa oprowadzając mnie wzdłuż nagrobków, gdzie  na jednym  wyryto cytat zaczerpnięty od Pisarza : Tutaj rozumiem to, co oni nazywają chwałą: prawo do miłości bez miary.  Mówił też, że Tipasę zamieszkują bogowie.  Też tak czułam.  Świeciło porażające słońce, brzęczały cykady, nie znałam wtedy takich  upałów. Widok przedstawiał się tak piękny, że na chwilę ogarnęło mnie uniesienie Było pusto, z dala mieniło się i srebrzyło falami Morze Śródziemne, a my spacerując powoli po forum, termach, amfiteatrze, wzdłuż patrycjuszowskich alejek, zachwycaliśmy się sobą.  Promienny śmiech  przerywał nasze  angielsko- francuskie rozmowy. Zachowuję różne pamiątki  odkąd pamiętam. Taka pocztówka po roku, czy pamiętasz Tipazę?

Zawsze zbierałam pocztówki. Zachowane do dziś wyglądają lepiej niż zdjęcia. Fragmenty z pamiętnika.😀

Prowadziłam też pamiętnik.  Moja ciekawość i zachwyt nad światem był naiwny, pensjonarski, może nawet powierzchowny? Cóż, przywilej młodości.  Grupę przyjaciół  mieszkających w wytwornej, nadal  bardzo francuskiej w stylu  stolicy Algierii  poznałam na ulicach Warszawy.  To byli młodzi studenci ekonomii na wycieczce po Europie wschodniej. Czuli się bardziej Francuzami niż  mieszkańcami Afryki Północnej. Spędziłam z nimi  tylko jeden dzień w Warszawie, a potem korespondowaliśmy cały rok.  Zaprosili mnie na wakacje i pojechałam do Algieru przez Wiedeń i Tunis. Pierwszy raz samolotem. Bardzo dużo tych pierwszych razy pojawiło się podczas tamtej podróży. Pierwsza pizza😁

Moja bardzo  ograniczona wiedza na temat świata, z powodu życia za żelazną kurtyną, pomogła mi  bezkarnie z dziecinną naiwnością zachwycać  się wszystkim. Nawet tymi wielkimi blokami z prawej. To dzielnica El-Harrach. Później podobne widziałam w Marsylii. W Polsce też są gdzieś takie falowce.

Korespondowaliśmy latami, jak widać na pocztówce.

Upał i palmy wzdłuż eleganckiej alei portowej  jakby udekorowanej pięknymi białymi kamienicami w secesyjnym stylu. Algier po francusku szykowny, odurzał śródziemnomorską mieszaniną architektoniczną i przyrodniczą.  Nazywany  Alger La Blanche e magnifique.  Pamiętam Place des Martyrs , gdzie odbywały się Les jeux africaines traditionnels. Słyszę i widzę te tańce odbywające się  po zachodzie słońca. Tak świętowano ramadan.

Kolorowe francuskie  samochody wypełniały  ten nadmorski  reprezentacyjny   Boulvard du Port, jakby  St Tropez z filmu z Louisem de Funes. I wszędzie panował język francuski, kultura i smak dawnych kolonistów. W radio leciały francuskie piosenki, to tam poznałam Jacques`a Brela.  A jazda wzdłuż wybrzeża wydawała się bardzo hippisowska, również znana wtedy  z filmów z Louisem. Nawet mapka  mam dla orientacji.

 Przyjaciele zabrali mnie kiedyś  do Kasbah, starej, jeszcze fenickiej, potem rzymskiej dzielnicy na wzgórzu. Dawnej fortecy osmańskiej  między XVI a XVIII wiekiem.  Oprócz  niekończących się wąskich uliczek i  ciemnych zakamarków, gdzie z pewnością występują problemy kanalizacyjne, bo się czuło, nagle spoza biednych budynków wyłaniały się  imponujące meczety, cytadele i pałace. Wszystkie poświęcone pamięci dawnych władców Imperium  Osmańskiego.  Wspaniałe zamki, większe niż w Stambule. Pocztówki z muzealnych pałaców.

Już wtedy wiedziałam, bo przecież  nie tak dawno skończyłam liceum i zaczęłam humanistyczne studia, co będę robić w życiu. Uczyć się języków obcych i poznawać ludzi innych kultur.  Tzw. trzeci świat jawił się ciekawszy niż zachód, inna religia, inna architektura, niezwykła przyroda Północnej Afryki, otwarci, naturalni ludzie. A potem moje zainteresowania popłynęły dalej, do Indii, Korei, Japonii. A ten Trzeci Świat był zamożniejszy niż my.😀

To były inne czasy, gdy śniady mężczyzna był przystojny i pociągający, a dziewczyny w chustach egzotyczne i piękne. Nie było rytuałów bezpieczeństwa w samolotach,  ten sam śniady mężczyzna nie był uzbrojoną bombą, ale francuskim gentlemanem, a kobieta z El-Harrach, czyli moja Sherifa okazywała się doktorem ekonomii.


Francuska koleżanka, która urodziła się w Algierii, bardzo zaciekawiła się moją historią.   Francuzów, urodzonych w Algierii oraz  w Afrique francaise du Nord, czyli dawnych kolonistów  nazywa się „pieds-noirs” / czarne stopy/  . Tak ładniej brzmi po francusku👍.

 Jacqueline  poszukała  moich dawnych przyjaciół z Algierii już ponad 10 lat temu.  Lamara mieszka w Grenoble, Sherifa i Mahmoud w Montrealu, a Kamel, Houria,  Laziz prawdopodobnie nie żyją😭 jeśli nie wyjechali z kraju.  Nie ma ich nazwisk w internecie  z żadnej okazji.  Jako  wykształceni ludzie powinni pojawić się gdziekolwiek. Ich przyjaciele miewają się świetnie. Mają już wnuczęta, jak ja.  Moment rozstania był kiedyś smutny i zapłakany, ale  z obietnicami spotkania. À bientôt! , nie goodbye. Ale życie się potoczyło.


Od 1994 roku, Algieria  jest niebezpiecznym krajem i zagrożona terroryzmem. Po wygranych wyborach przez islamską partię, kraj  stoczył na krawędź wojny domowej i sytuacja trwa nieprzerwanie  od 30 lat.  Moi znajomi na pewno byli po drugiej stronie barykady.  Obecnie rzeczywistość zmierza ku lepszemu, normalizuje się gospodarka  i chcą wejść z powrotem  na rynki turystyki, bo jest tam wielki potencjał. Ale zaufanie trudno będzie odbudować.

Byłam też wtedy na pustyni, nie tej najdalszej, bo odległości wprawiały w zdumienie. Tylko w saharyjskim Atlasie, wśród Berberów.  Przy piosence Beaty Kozidrak o wodzie na pustyni, zawsze przypominała mi się Algieria.  Pocztówka do rodziców z drogi na  Saharę. Najpierw Kabylia.

Z Kabylii pochodził piosenkarz Idir,  jego piosenkę Avava Inouva
 słuchaliśmy wtedy bez przerwy. Dostałam jego płytę w prezencie. Teraz znalazłam  na Youtube.💓 Jak kolejna magdalenka.
 

Ostatnio jeszcze raz  znalazłam Sherifę i Mahmouda w wirtualnym świecie. Tym razem na Instagramie.   Piękne podróżnicze zdjęcia  z wnuczętami i córkami. Ta bardzo aktywni naukowcy. Szczególnie Sherifa. Bardzo dużo artkułów na jej temat.

I takim sposobem prawie 50 lat upłynęło. Oj, świat się bardzo zmienił. Ale taki wiersz na pożegnanie wzruszył  mnie bardzo i przechowuję go w dawnym pamiętniku.  Historia jak w filmie Pamiętnik, na którym płakały moje córki.