Od 13 lat mamy dom na Dolnym Śląsku, dla mnie bardziej wakacyjny, rekreacyjny, a dla Gospodarza tak różnie. Wcześniej wyjeżdżał stąd nawet na pół roku, do Francji czy USA. Planuje wyjazd co roku, ale czasami zawraca. Bo mówi, że Polska to jednak jego dom💓
Będąc tak
blisko granicy czeskiej i niemieckiej,
często jeżdżę do tych krajów. Na zakupy, a najchętniej na jednodniowe wycieczki. W taki sposób zobaczyłam przygraniczne i dalsze atrakcje, łącznie z
Pragą link i Dreznem. Zawsze się zastanawiam, jak zaraz po wojnie nastąpiła
tutaj największa migracja współczesnego
świata. To prawdziwy fenomen. Niemcy uciekali, albo zostali
wypędzeni, a przybyli tu Polacy z ziem utraconych, albo reemigranci z Rumunii-górale
czudeccy i z dawnej Jugosławii, z okolic
Nowego Martyńca- w Bośni. Życie toczyło się dalej, a przecież działy się
tragiczne historie, dramaty czasami
gorsze od wojennej zawieruchy. Lubię tu słuchać opowieści moich sąsiadów. I czytać opowieści z Ziem Odzyskanych.
Moja kiedyś pierwsza podróż zagraniczna to było NRD, do dolnołużyckiego Cottbus czyli Chociebuż. O całej mojej enerdowskiej sympatii pisałam tu .link Wspomnę tylko, bo nie każdy ma czas zaglądać i czytać, że potem moim najlepszym studenckim koleżeństwem byli germaniści. Jeden nawet został moim mężem. Moja uczelnia miała jakieś kontakty naukowe z Rostockiem. Jeździliśmy na wymiany, wycieczki, nie tylko germaniści.
Drezno Poczdam
Berlin Rostock. Ale w tamtych czasach myśleliśmy tylko o udanych zakupach.
Zwiedzało się, ale pobieżnie. Pamiętam Drezno
jeszcze w ruinie, a w Berlinie kawiarnię na wieży telewizyjnej- szczyt luksusu
i muzeum Pergamon. Podchodziło się pod checkpoint Charlie. I taką miałam ochotę
uciec, bo nawet i paszport miałam, ale
szkoda mi było zostawiać rodziców.
Do Czechosłowacji czyli "pepików" jeździło się na zakupy. Tak uściślić, to były tereny Słowacji. Z Rzeszowa na Duklę i do Barwinka, potem Svidnik oraz Stara Lubovna na Zamek. Na tej trasie zdawałam egzamin na pilota wycieczek zagranicznych.
![]() |
| Jakby w Czechach znowu😀 |
A potem był
Budapeszt i całe zauroczenie Austro-Węgrami, łącznie z Sandorem Petofi. Poezja, w sercu, ale w życiu człowiek też chciał ładnie wyglądać i pachnieć,
to na zakupy po dezodoranty i bluzeczki
jeździło się do Budapesztu. Takie kombatanckie przechwałki dawnej studenterii
wczesnych lat 80.
A w tamtym tygodniu pojechałam zwiedzać Góry Żytawskie. Mijaliśmy elektrownię Turów, której ja swoim humanistycznym umysłem nie ogarniam, ale robi kolosalne wrażenie. Takie cuda techniki kiedyś widziałam z okien francuskiego TGV, albo w UK. Niech to nie zabrzmi zbyt nacjonalistycznie, ale naprawdę byłam zadziwiona tą potęgą.
A w Saksonii emerytalny spokój. Zaraz po zjednoczeniu Niemiec młodzi zwiali na zachód, a teraz średnia wieku w Zittau to 60+, choćby Floryda.
Młodzi wyjechali, ale zostały pełne uroku sanatoryjne wioseczki, do których dojeżdża się wąskotorową koleją z 1890 roku. W drodze malownicze formacje skalne z piaskowca.
Kolej ma dużą wartość dla rozwoju kulturalno-historycznego regionu. Jest słodką nostalgiczną atrakcją tego spokojnego regionu. Godzinę jedzie się z Zittau do Oybin i koloryt tej podróży, otwieranie okien i stanie na mostku, lub w otwartym wagonie, to filmowa podróż w czasie.
W 1905 roku podróż tą koleją odbył król Saksonii Fryderyk August III. Romantyczne wioseczki z cudowną architekturą przysłupowych domów dawnych tkaczy,
oraz tajemnicze ruiny, do których prowadzi nas, a jakże Brunhilda, to jak fantastyczna baśń i legenda. Nasza przemiła przewodniczka powiedziała nam dużo ciekawych faktów i legend. Wspaniały średniowieczny zamek i klasztor Celestynów szybko zakończyły swoją świetność. Gerhard Hauptmann, który stąd niedaleko mieszkał i tworzył swój noblowski utwór poświęcił tkaczom. Taka dygresja.
Budowli nie zniszczono w wojnach, bo były niedostępne do zdobycia, przetrwały wojny husyckie i czasy reformacji. Ale po prostu rażone piorunem, wybuchł pożar, a potem oberwała się skała. Ruiny w czasie romantyzmu były inspiracją dla malarzy i poetów. Tak jak w całej Europie ruiny fascynowały. Zdjęcia w tej scenerii nadal fascynują👍
Można też wyruszyć na najwyższą górę, nomen omen Lausche, czyli Łysa, jakby w Górach Świętokrzyskich.😀 A to coś dla mnie, bo nie za wysoko.
Wracając jeszcze do dawnych czasów muszę wspomnieć Bułgarię i Rumunię, gdzie
byłam dwa razy wtedy link. Ale to już bardziej rozrywka, wczasy, słońce, Morze
Czarne i luksusy du temps perdu. Z
przyjemnością wspominałam o tym. Ale, żeby tam pobyć dwa- trzy tygodnie,
należało jednak przygotować coś do spieniężenia. Biseptol, jakieś kremy, sprzęt
turystyczny i co tam jeszcze?. Podróże to była jakby kontrabanda. Dodatkowa atrakcja,
gdy się było studentem, Bo potem już nie.
A dla Was, które demoludy zostawiły najfajniejsze wspomnienia? Dla mnie
prawie na równi Bułgaria i NRD. Moje przyjaźnie z germanistami zostawiły
trwały ciepły ślad na sercu.

































































