Moja lista blogów

wtorek, 30 września 2025

Na Słowacji jak w Islandii?

       Czy wiecie coś więcej na temat Słowacji?  Czy  myli się wam z Czechami? 

Słowacja miała bardzo ciężką historię swojej państwowości. Przez wszystkie wieki nie było takiego kraju, chociaż zaczęło się pięknie od wczesnego średniowiecza i Wielkich Moraw, gdy rozwinął się język/ Czesi też tak myślą/, ale zaraz potem  waleczni i okrutni  Awarowie- Madziarowie ich podbili i tak zostało przez parę setek lat. Rozdzierali ich Polacy i Habsburgowie. Napadali  Mongołowie, Turcy, Wołosi z Półwyspu Bałkańskiego też rościli pretensje.  Ale na szczęście utrzymali swój język i poczucie tożsamości. Po zakończeniu I wojny światowej powstała Czechosłowacja, gdzie obydwa narody miały pewną autonomię. Gdy w 1938 roku nastąpiła aneksja Czechosłowacji, Słowacy dostali ultimatum, albo okupacja niemiecka albo ogłoszenie niepodległości. I tak niefortunnie powstała pierwsza Republika Słowacka jako satelicki kraj  faszystowskich Niemiec. Nawet uczestniczyli w zajęciu Polski w 1939roku.

Na szczęście  opamiętali się powoli, szczególnie, gdy zaczęły się masowe deportacje ludności żydowskiej i cygańskiej i w 1944 roku stanęli po właściwej stronie.  29 sierpnia tegoż roku ogłosili powstanie narodowe.  Walczyli dzielnie przez dwa miesiące jak my w Powstaniu Warszawskim. Chociaż pomagał im sam marszałek Koniew, niestety Powstanie zostało krwawo stłumione. Odbyła się  też wtedy mordercza bitwa o Przełęcz Dukielską- wrzesień- październik 1944, największa bitwa  Europy Środkowej. Zginęło kilkaset tysięcy żołnierzy po obu stronach, Armii Czerwonej i Czechosłowacji przeciwko żołnierzom Wehrmachtu z Węgrami. Szczególnie w Dolinie Śmierci koło Krosna, gdzie odbyła się wielka bitwa pancerna. W Słowacji jest doskonale pamiętana i uczczona wielkimi pomnikami.

 Po wojnie mamy znowu Czechosłowację, gdzie Czesi maja więcej do powiedzenia. Słowaków traktuje się lekceważąco, to Romowie, dużo innych mniejszości. Państwa rozdzieliły się na początku lat 90. Wacław Havel jest bohaterem obydwu narodów.  Parlament czechosłowacki ustalił, że dwa niezależne państwa powstają 1 stycznia 1993 roku. 2004 rok przyjęcie do Unii Europejskiej, w 2009 przyjęcie waluty euro. Pomimo różnych kryzysów parlamentarnych, a nawet skandali, nierozwiązanych problemów z mniejszościami, małe państwo bardzo prężnie się rozwija. Jestem pod wrażeniem.

Czy w ostatnich latach jeździcie do Słowacji? I nie sięgajmy w przeszłość do demoludów tym razem. 👍

Skąd ten długi wstęp? A to z powodu miejscowości Vrbov po polsku swojskie Wierzbów, gdzie znajdują się  siarkowe źródła termalne, a ja czułam się tam jak w Islandii. Dlaczego aż tak? Całe kąpielisko, znaczy baseny połączone pomostami pokryte  nowoczesną drewnianą podłogą, bardzo przypominały mi  Islandię. Ponadto  baseny to takie siedzące niecki z wodą o temperaturze 36-37° albo 37- 38° oraz baseny pływackie o temperaturze 26- 28 i basen rekreacyjny z rurą o temp. 32°. Tak to zwykle jest na basenach w Islandii, jedynie tamte ciepłe niecki są mniejsze, bo tam przecież mniej ludzi.

Ponadto w oddali widzimy wysokie Tatry, choćby islandzkie wulkany👍. Recepcja jest nowoczesna, oszklona, takie często widziałam w Islandii.



A pod prysznicami Słowaczki bez problemu rozbierają się do golasa i myją się dokładnie jak to w Islandii zalecają specjalnymi obrazkami.😀 Też są wyżymaczki do strojów, których nie widziałam w Polsce.

Park termalny zasilany jest wodą geotermalną z dwóch odwiertów, jeden o głębokości 1742 m,  który osiąga temperaturę 56° i drugiego odwiertu o głębokości 2502 m z wodą o temperaturze 59°. A w basenach tak.

A przy wjeździe na teren parku mamy prawdziwy gejzer👍.

Woda z obu źródeł charakteryzuje się bardzo wysoką mineralizacją według składu chemicznego jest to woda wapienno-magnezowa, siarczkowa i wodorowo-węglanowa. Są to najlepsze wody lecznicze w Europie Środkowej. 


Ludzie siedzą i wylegują się jak morsy. Zdecydowanie przeważa starsza populacja. On już wiedzą, że trzeba się ratować balneologią😀


Jedyną wielką różnicą, ogromniastą jak szczyty wulkanów, jest to, że na terenie słowackich źródeł termalnych można jeść  i spożywać alkohol! Są tam bary i restauracje w wyznaczanym restauracyjnym sektorze. Lody też sprzedają, które w Islandii są najważniejsze.

Bardzo polecam. Ja byłam na wycieczce zorganizowanej z Iwonicza-Zdrój, gdzie przebywam na krótkim SPA, to nie zwróciłam uwagi na ceny. Bardzo się zrelaksowałam siedząc w ciepłej wodzie w lekkim jesiennym słońcu, rozmawiając w słowiańskiej mieszance językowej. No Islandia, mówię wam.

I nie myślcie,  że wcześniej nie byłam w podobnych miejscach w Czechach czy na Węgrzech😀ale to zwykle było na wakacjach, gdy ciepło.  Pobyt o innej porze przypomniał mi moją zimną wietrzną atlantycką skałę,  za którą tęsknię. Tam zwykle było 10 stopni ciepła.

Po drodze zatrzymaliśmy się w historycznej miejscowości Levoča,  pełnej imponujących zabytków świadczących o wyjątkowej zamożności i znaczenia tego  małego miasta na przestrzeni kilku wieków.



  A to wszystko na słowackiej prowincji z boku drogi krajowej między Preszowem a Popradem.  O tym jeszcze z pewnością napiszę. 

 Słowacja niewielki pięciomilionowy kraj doskonale wykorzystała fundusze unijne na rozwój swojej małej ojczyzny. To bardzo zauważalne  w porównaniu z Węgrami, którzy tkwią  w swoim marazmie  śniąc o dawnej wielkości.

Z rodziną jeździliśmy do Słowacji pod koniec lat 90. Na narty w okolice Śvidnika. Mała Dominika mówiła, „szykować pasztorpy bo Barwnik się zbliża”./przejście graniczne w Barwinku/. Miłe wspomnienia. 

 A wy jakie macie wrażenia o współczesnej Słowacji?

Dwie moje małe jeszcze córki w 1997 roku w Śvidniku


sobota, 27 września 2025

Muzeum, "które przestało istnieć, ale przetrwało"

 Nie pamiętam już jak to się stało, że  znałam dramat  Hanusia Gerharta Hauptmanna. Myślę, że moja dawna wieloletnia przyjaźń ze studentami germanistyki przyczyniła się do tego.  Przez jakiś czas nasza uczelnia miała wizytującego profesora z Rostocku. Widzę go w pamięci, był bardzo przystojny i jeździł zielonym maluchem. Z Rostocku niedaleko była wyspa  Hiddensee i  miejsca pochówku pisarza.  Studenci wystawiali Brechta, to pewnie  też recytowali we fragmentach biedną Hanusię i opowiadali mi o tym. Tkaczy też pamiętam. Dlatego kupiłam bilet na  przedstawienie w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego. Na 14 listopada. To obejrzę po blisko 50 latach. Aż się roześmiałam z wrażenia.

Ale właściwie chciałam wam opowiedzieć  o wizycie w Muzeum Miejskim- Domie Gerharta Hauptmanna, w Jagniątkowie, dzielnicy Jeleniej Góry. Mój drugi mąż, amerykański ignorant😍 spytał, a dlaczego niemiecki pisarz mieszkał w Polsce? A bo mu się podobał Dolny Śląsk i Jelenia Góra odpowiedziałam. O, to tak jak mnie-stwierdził.

Dom pisarza został zbudowany w 1901 roku w stylu historyzmu i  neorenesansowego zameczku. Zamieszkał tam ze swoją drugą żoną, młodą skrzypaczką pochodzenia łużyckiego, Margaretą Marschalk. I mieszkał tam w glorii i chwale noblisty z 1912roku, łącznie z hołdami nazistów do swojej śmierci w 1946 roku. Z niebanalną pomysłowością, pomimo takich strasznych koneksji, i pewnie prawie autentycznie opisał to Sławek Gortych w swoim cyklu Schroniska. Dzięki temu przyciągnął całe tłumy do Muzeum Gerharta Hauptmanna.

W poniedziałek 18 sierpnia w końcu znalazłam się z Jagniątkowie, w imponującym domu- zamku nazywanym Łąkowym Kamieniem. Od wejścia towarzyszył nam Gerhart Hauptmann patrzący swoim demonicznym spojrzeniem. Sławek Gortych pisał...Ruszyła alejką, która wiodła pod górę, do domu pisarza. Potężna posiadłość pełna ciemnych okien wyłaniała się spomiędzy drzew niczym leśny upiór z martwymi ślepiami. Poczuła strach.

Przyspieszyła kroku i po chwili znalazła się u wejścia do willi. Pokonała granitowe schody, pchnęła ciężkie drzwi i stanęła oko w oko z Gerhartem Hauptmannem.

Pisarz z typowym dla siebie mrocznym wyrazem twarzy spoglądał na nią z wielkiego portretu zawieszonego naprzeciwko wejścia. Nie chciałabym go zobaczyć w nocy, przeszło jej przez myśl.”

A jeszcze wcześniej witała nas rzeźba Hanusi w  pozie mistycznego odejścia w zaświaty. 

Cały ten sierpniowy dzień stał się dla mnie w pewnym sensie symboliczny, bo spędziłam go z Hanią, która kilkanaście dni potem, 4 września nagle pożegnała się ze swoim życiem. 

Siedząc w pięknym bardzo ekspresywnym holu, zwanym Rajską Halą, ze względu na tematykę malowideł polichromii, zastanawiałyśmy się jak będziemy zwiedzać Muzeum.

 Zaczęłyśmy od wystawy czasowej, takiego wakacyjnego refleksyjnego malarstwa ukraińskiego twórcy Andrzeja Sharana pt. Wieczna podróż. Kolor i słowo w twórczości ukraińskiego malarza i poety. Jak miło było się z nim przenieść  do słonecznych plenerów nad Morzem Śródziemnym. I tak jego oczami i pędzlem wspominałyśmy, co same kiedyś doświadczyłyśmy.


Dom Hauptmanna po wojnie przez wiele lat był ośrodkiem kolonijnym dla dzieci. Jako muzeum, Dom zaczął dopiero funkcjonować w 2001 roku, po gruntownym remoncie i restauracji z funduszy fundacji polsko-niemieckich.

Mnie najbardziej fascynował gabinet pisarza, bo to jakby niezwykła podróż w czasie w tym autentycznym wnętrzu. Z maszyną na biurku, z różnymi listami, notatkami, wygodnym fotelem i kominkiem. 

Bogata kolekcja eksponatów książek fotografii osobistych przedmiotów i obrazów inspirowanych pięknem Karkonoszy, zatrzymywała nas w  zadumie i refleksji nad mijającym światem. Obie z Hanią byłyśmy w jakiś sposób związane z kulturą niemiecką. Ona poprzez ojca, który wpoił w nią szacunek do języka i literatury niemieckiej,  a ja przez męża germanistę  i przyjaźń z wieloma germanofilami.


W tym domu- zamczysku było miejsce na gabinety do pracy, bibliotekę, archiwum oraz liczne zbiory antycznych i współczesnych dzieł sztuki. Pomieszkiwał tu również starszy brat pisarza Carl Hauptmann, który napisał  Księgę Ducha Gór. W 1922 roku z okazji 60. urodzin Hauptmanna powstało malowidło, które ozdobiło hol willi. Jego autorem był malarz Johannes Maksymilian Avenarius, który na ścianach i sklepieniu stworzył swoją wizję raju. Pełne symboliki dzieło do dziś budzi zachwyt wszystkich. 



Po śmierci Hauptmanna w 1946 roku wdowa po nim opuściła dom zabierając większość cennego wyposażenia. Jej wyjazd w pół roku po śmierci męża również jest niezwykłą ciekawostką historyczną. Takie porozumienia z Sowietami i Armią Amerykańską.

Uwielbiam zwiedzać domy pisarzy, moim ulubionym to oczywiście Stawisko  Jarosława Iwaszkiewicza. W Jagniątkowie, jak w wielu innych tego typu miejscach organizuje się koncerty, wieczoru literackie, wystawy i inne imprezy kulturalne dla dorosłych i młodszych. To magiczne miejsce, chociaż sam pisarz i jego postawa wobec nazizmu jest mocno kontrowersyjna. Jeszcze w 1942 roku  80.rocznicę swoich urodzin świętował wspólnie z gauleiterem Karlem Hanke. Dostał w prezencie rzeźbę Hanusi z białego marmuru. Noblista miał   liczne  przywileje żywieniowe. Z kolei w 1944 z okazji urodzin Margaret  w Łąkowym Kamieniu gościł Hans Frank, który też odwiedził go w 1945 roku, ukrywając dokumenty i dzieła sztuki. Z twierdzy Breslau uciekał tamtędy Karl Hanke.  Literacko i z suspensem zajął się tym Sławek Gortych  Filmowcy powinni się tym też zainteresować. Gotowy historyczny kryminał. 

 Młody pisarz z Bolesławca  w zaskakujący sposób   rozsławił Muzeum na całą Polskę. Organizowane  Spacery ze Sławkiem oraz Nocne zwiedzania cieszą się ogromnym zainteresowaniem.

 Potem pojechałyśmy z Hanią do Cieplic- Zdroju i jak prawdziwe seniorki zasiadłyśmy przy kawie naprzeciwko Zdrojowego Parku. Rozmawiałyśmy o życiu. Takie sanatoryjne spokojne miejsca sprzyjają refleksjom.

Plac Piastowski, a my w kawiarni Abrabezabra, koło Parku Zdrojowego.

Będzie mi brakowało Hani wnikliwych komentarzy. Jej obecności.

  Których  pisarzy domy-muzea odwiedziliście?  Jakie refleksje?

 Czytaliście Sławka Gortycha?

 

 

niedziela, 21 września 2025

Czytacie Wiesława Myśliwskiego?

 Nagroda Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi dla Wiesława Myśliwskiego.

Co za nadzwyczajna impreza  pod nazwą Międzypokoleniowy Festiwal Literacki  „Od Reymonta do Myśliwskiego- regionalizm wczoraj i dziś”  trwa obecnie w Sandomierzu, w dniach  18-27 września.  W programie znajdujemy sesje naukowe, warsztaty dla dzieci i dorosłych, gry literackie, spotkania autorskie, przedstawienia teatralne, recytacje, happeningi, koncerty muzyczne, wystawy. Bardzo polecam.  Wyjątkowym momentem było wręczenie nagrody Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi  dla Wiesława Myśliwskiego. I w tym niecodziennym wydarzeniu miałam przyjemność uczestniczyć.

Zdjęcie zapożyczone z Echa Dnia.

Festiwal jest dofinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, sponsorowany również przez lokalnych przedsiębiorców, a patronują mu miejskie  oraz wojewódzkie media.

      Wiesław Myśliwski to  najwybitniejszy żyjący  polski pisarz, dwukrotnie uhonorowany Nagrodą Nike, twórca tzw. literatury chłopskiej. Urodził się w Dwikozach koło Sandomierza. Z tych regionów pochodzą również moi rodzice i cała rodzina. A nieżyjąca już moja Mama z pewnością chodziła do tego samego liceum co pisarz, bo to było wtedy jedyne liceum w Sandomierzu.  Są z tego samego rocznika-1932. Słuchając Kamień na kamieniu w znakomitej recytacji Krzysztofa Gosztyły, czytając  Widnokrąg, to jakbym dziadka Wawrzyńca słyszała i jego niegroźne przekleństwa, typu „choroba” czy „powietrze” oraz odgłosy młota z kuźni.

Dzieło Myśliwskiego stanowi obecnie centrum polszczyzny. Jest przetrwalnikiem tradycji polskiego słowa, które mierzy się dzisiaj z mgławicą znaczeń płynących z mediów elektronicznych. Język jest zjawiskiem żywiołowym o nieogarniętym potencjale. Wiesław Myśliwski uobecnia w swej twórczości żywioł słowa ludowego, które ma wciąż ożywczą wartość”- tak we wniosku o przyznanie nagrody napisał profesor Roch Sulima, wybitny regionalista.  *zaczerpnięte z portalu Wszystko co najważniejsze.

Uroczystość wręczania Nagrody  Narodowego Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi za całokształt twórczości Wiesława Myśliwskiego  odbyła się 18 września o 17.00 w Galerii Widnokrąg w Sandomierzu. Dostojny Jubilat łączył się z nami w rozmowie  telefonicznej.  Reprezentował go wieloletni przyjaciel, regionalista i dziennikarz Tomasz Pańczyk. Nagrodę wręczała pani Nina Sapa, dyrektor Instytutu KiDW w obecności przewodniczącego Rady Programowej NIKiDW, wicewojewody Michała Skotnickiego, burmistrza miasta, wielu przyjaciół pisarza oraz licznie zgromadzonej publiczności.

Brama Opatowska nam patronowała.

Zasiadłam z władzami, a co! Zdjęcie zapożyczone z Echa Dnia.

Następnie odbył się znakomity panel dyskusyjny poświęcony twórczości pisarza- „Regiony” Wiesława Myśliwskiego i „zwrot ludowy” w kulturze, który prowadził Andrzej Nowak- Arczewski  / prywatnie mój brat/- Przewodniczący Rady programowej NIKiDW. Uczestniczyli profesorowie Roch Sulima – historyk kultury, antropolog kulturowy, Stanisław Żak- literaturoznawca, obydwaj wieloletni przyjaciele pisarza oraz Tomasz Pańczyk.  Podziwialiśmy dyskusje panów prowadzone z ogromną swadą, wirtuozerią słowną i imponującą wiedzą. Prywatne, ciepłe wspomnienia, również domowych pierogów przewijały się z intelektualnymi rozważaniami o twórczości laureata, antropologii, integralizmie renesansowym, o regionach i o tym, że wszyscy jesteśmy piękną baśnią. Profesor Sulima dużo uwagi przeznaczył na pisma Regiony i Sycyna, które kiedyś wspólnie redagowali z Wiesławem Myśliwskim. A w laudacji nawiązał do Reymonta i jego Nobla za Chłopów,  w związku z tym Myśliwskiego również nominuje do  Nobla za jego chłopską twórczość.

Z dużym wzruszeniem wysłuchaliśmy  rozmowy telefonicznej z pisarzem, gdzie  serdecznie dziękował za trud organizatorom festiwalu,  a uczestnikom za przyjście, życzył nam miłej zabawy. Tomasz Pańczyk przedstawił  nam bardzo prywatny obraz pisarza i jego żony. Czuliśmy jakbyśmy z nimi zasiedli przy stoliku na kawę, gawędząc o tym co się dzieje na świecie albo wspólnie robili zakupy.

To było szczególnie  wzruszające i wspaniałe spotkanie. Naturalne, wypełnione przyjaźnią i szacunkiem wobec Pisarza.

Kolejną częścią wieczoru była  genialna recytacja fragmentów powieści Kamień na kamieniu w wykonaniu aktora Krzysztofa Gosztyły.

Krzysztof Gosztyła


Warto było przyjechać do Sandomierza i spędzić  czas w zacnym  literackim towarzystwie i w pięknych wnętrzach Galerii Widnokrąg, gdzie wokół myśl Pisarza i życie zaklęte w rzeźbie.

Równie miłe były momenty spędzone z koleżankami. Spacery po mieście, wspólny deser, rozmowy.



*recenzja ukazała się w portalu teatrdlawszystkich.pl.





 

 

niedziela, 24 sierpnia 2025

Obowiązki w rodzinnym mieście.

 I wakacje dla mnie się skończyły.  Wróciłyśmy z wnuczką do naszego rodzinnego miasta. Teraz to dopiero kołowrotek się zacznie. Mieszkanie w dwóch, a nawet trzech miejscach i do tego  czwarta nasza szkoła, którą trzeba rozruszać na nowy rok szkolny. Dla naszej rodziny nasza szkoła językowa to jak dom. A moja trzecia córka😀 Wspominałam wcześniej, że już 30 lat istniejemy na rynku i prawie w tym samym miejscu.  Doskonała lokalizacja między trzema dużymi osiedlami, brak innej szkoły językowej w okolicy sprzyja  pomyślnemu trwaniu i rozwojowi przez lata.  Aczkolwiek  dzieci w szkołach państwowych coraz mniej, a młodzi dorośli  już doskonale przygotowani językowo w pracy, skoro gdzieś tam zostali przyjęci. Przeżyliśmy różne etapy, ale potrafiliśmy się w porę przystosować. W ostatnich  latach sporo zajęć z nauką naszego ojczystego języka dla obcokrajowców i z różnymi dorosłymi, którzy  podkształcają się na swoje podróż. Również dziadkowie, żeby rozmawiać ze swoimi zagranicznymi wnuczętami.

Dobrze, że jedna z córek przejęła biznes, z którym była od dziecka, zaczynając od roznoszenia ulotek i klejenia plakatów w latach 90.

Ja unikając "trzeciego wieku" chętnie nadal pracuję w szkole, uczestniczę we wrześniowym rozruchu. I nieraz się zdarza, że moi dawni uczniowie przyprowadzają  swoje wnuczęta. I zawsze słyszę : nic się pani nie zmieniła😀 
Będę zajęta nie tylko rozpoczęciem naszej szkoły, ale również  wnuczętami, szczególnie wkrótce wysyłaniem Matyldy do regularnej szkoły. Jej "islandzka" matka wróci dopiero za miesiąc, gdy już rozliczy się ostatecznie z pracodawcą i pożegna Islandię. Nie wiem jak tego dokona, bo ja cały czas czuję ogromną tęsknotę za tym krajem. Chętnie odprowadzam wnuczkę do szkoły pilnując ją  z daleka, bo to była kiedyś moja szkoła podstawowa. Również pracowałam tam w młodości. To moje zajęcie, od dwóch lat z przerwami, gdy Matylda wyjeżdżała do Islandii.
Powrócę potem wspomnieniami do moich ostatnich sierpniowych dni na Dolnym Śląsku, szczególnie do muzeum Gerharta Hauptmanna i wizyty koleżanki blogowej. Niektóre książki pisarze poruszyły mnie do głębi, ale dawno temu w młodości, szczególnie "Hanusia".  A on sam w pewnym sensie przypominał mi Jarosława Iwaszkiewicza. Chcieli obaj błyszczeć na salonach i przyjaźnili się ze znienawidzonym reżimem, gdy pozostali przyjaciele po piórze wybrali emigrację. Ich podobieństwa to także przyjaźń z młodszymi literatami, Hauptmann z Mannem, a Iwaszkiewicz z Miłoszem. Jarosław był kilka razy nominowany do Nobla. Dobrze dla niego, że nie doczekał  października  1980, gdy Miłosz dostał Nobla. Zmarł w marcu.
Gdy przyjechałam,  to dla dobrego nastroju obejrzałam sobie  filmy z Alainem Delonem, w rocznicę jego śmierci,  Śmierć człowieka skorumpowanego, Trzech ludzi do zabicia i Uderzenie. Tego trzeciego filmu nie wyświetlali  u nas, bo   "momenty były". Z całkowicie gołą aktorką, z prawdziwą czarną "pussy". Filmy z lat 70-80. to zupełnie inna stylistyka. Spokojne, refleksyjne zawsze z dobrą muzyką, a bohater - Alain Delon zwykle ginie na końcu. Pamiętam, jak płakałam za nim, gdy oglądałam te filmu w młodości. 
Wrócę do aktywniejszego blogowania za miesiąc, gdy znowu pojawię się gdzieś poza rodzinnym miastem..
PS 
Miałam na myśli swoje posty. Do Was będę zaglądać, bo tęsknię.💓
Moje elaboraty pochłaniają nieraz parę godzin pracy😅, a teraz jestem zmęczona obowiązkami. Trzy tygodnie szybko zlecą i mam nadzieję na nową przygodę.

sobota, 16 sierpnia 2025

Keine grenzen?

    Michał Wiśniewski był na dobrym miejscu w Eurowizji w 2003 roku, gdy zaśpiewał piosenkę Keine grenzen. Chyba nawet nie śmieliśmy kiedyś o tym marzyć, znaczy o braku granic.

Pokolenie, które pamięta kontrole przy przekraczaniu granic,  cieszyło się niezmiernie, gdy w 2007 roku oficjalnie weszliśmy do strefy Schengen. Od prawie 20 lat byliśmy już w demokratycznym świecie, ale nadal czuliśmy się jego pariasami. W Dover traktowali nas prawie jak Dzierżyński polską inteligencję, gdy  sprawdzał ręce. Organizowałam wiele wycieczek do Londynu, w których uczestniczyła moja koleżanka, pani doktor. Gdy pytali ją o zawód, to nie wierzyli, że MD podróżuje najtańszym turystycznym autobusem razem z klasą robotniczą, który i tak był dla nas drogi. Teraz w Ameryce wszystkich tak sprawdzają.

Czy pamiętacie kiedy pierwszy raz słyszeliśmy o pomyśle strefy Schengen dla krajów Unii Europejskiej, wtedy jeszcze EWG?  Nasza obecność tam była w sferze kompletnego science fiction.  Chociaż Breżniew już nie żył, to niewiele się zmieniło. Uciekaliśmy na zachód z wycieczkami turystycznymi, albo udawało nam się dostać wizy do USA, a niektórzy Ślązacy mieli tak zwane pochodzenie  i wyjeżdżali do RFN. 

Od 1995 zmiany szybko się potoczyły. Jak bezpiecznie czujemy się na lotniskach udając się za napisem EU countries i widzimy dumną flagę z gwiazdkami.

A czy doświadczyliście sytuacji, że cofamy się w przeszłość?

W regionie od lat mamy wojnę konwencjonalną i do tego hybrydową na różnych polach. Doświadczamy manipulacji społecznej i cyberataków Z tej przyczyny granice lądowe w strefie Schengen znowu  się pojawiły. Niektórzy nasi obywatele nawet sami zapisywali się do społecznej służby granicznej, jak co najmniej dawniejsi ormowcy.

Ponad 30 lat normalizowały się przygraniczne stosunki polsko-niemieckie. Tyle pracy samorządów, stowarzyszeń, wspólnot, organizacji, fundacji, a tu znowu trzeba postawić żołnierza z bronią, żeby po obu stronach pilnował swoich granic. Na zdjęciu poniżej żołnierze są w niebieskim namiocie. 

Przeżyliśmy to podczas naszej wycieczki kamperem, gdzie wybraliśmy się na początku tygodnia. Zeszło nam trochę z przygotowaniem naszej "ekspedycji", żeby  wyposażyć to małe mieszkanko na kółkach. Matyldzia w czasie jazdy na łóżku, ale przypięta pasami.

😀

Musiałam wyposażyć łóżka w świeżą pościel, przynieść jedzenie, ubrania i mnóstwo  różnych innych akcesoriów. Gospodarz bez wieczoru filmowego i rannych wiadomości nie umie żyć. Matylda jak w klatce, ale bardzo jej się podobało spać na piętrowym łóżku. Każdy ma swoje łóżko, moje jeszcze w głębi z prywatną łazienką. Bo Gospodarz jakby w kuchni i pokoju dziennym.


Ruszamy w stronę granicy niemieckiej, bo taka jest najkrótsza droga do naszej destynacji- Parku Mużakowskiego, który po stronie niemieckiej historycznie rozłożył się i trwa od  wieków w miejscowości Bad Muskau, a po polskiej stronie od 1945 w miasteczku Łęknica. Camper Park zamówiliśmy w Bronowicach, nomen omen jakbyśmy jechali na wesele.

Najkrótsza droga wiedzie przez autostradę, a tam kilkadziesiąt kilometrów do granicy już zaczynają się korki.  Gospodarz, nasz kierowca  niecierpliwi się. Zjeżdżamy na Żagań Żary i bocznymi drogami wjeżdżamy jednak na teren Niemiec. Wszędzie słynna granica na Nysie Łużyckiej, mały mostek i wita  nas Deutschland. Nikt nas nie sprawdza. Ale kamper park mamy po stronie polskiej. Zajechaliśmy też do niemieckiego parkingu w Bad Muskau, ale miał odległe przyłącza do prądu i jednak decydujemy się na ten polski. Trzeba znowu przyjechać przez granicę. Niemcy nawet nie spojrzą, ale zatrzymują Polacy. Są bardzo uprzejmi, proszą o dowody. Chcą zajrzeć do środka, proszę o odsłonięcie zasłonek.  Wtedy Gospodarz już nie wytrzymuje i rzuca swojego f*. Ja mówię, że mamy kota i może nam uciec. Żołnierz, a obok niego drugi,  taki z długą bronią uśmiechają się i puszczają nas.

Wjeżdżamy na polską stronę ,  a tam jakby Turcja, stragan na straganie.



To dla Niemców, żeby sobie wszystko kupowali taniej. Bardzo to przypomina lata 90. Ale toalety są czyste, bardzo czyste i pachną. Pamiętam jak w latach 90-tych jeździłam autobusem na zachód i zawsze to była pierwsza uwaga, gdy wjeżdżało się do Polski, na temat toalet.

 W czasach po zjednoczeniu Niemiec pałac księcia Pürchera był ruiną, a jego najpiękniejszy w Europie park pejzażowy zdewastowany. Dużo funduszy przeznaczyła Saksonia na wyremontowanie tego neorenesansowego klejnotu razem z przyległymi  budynkami.





Gospodarz mówi, że jakby Alamo zobaczył.😀 A tutaj, sale muzealne, sklepiki i miłe bistro z dobrymi ciastami i drobne zakąski. ceny bardzo przystępne. Przyjmują kartą, bo w pałacu tylko gotówką, ale można płacić złotówkami.


Późniejsze fundacje polsko-niemieckie bardzo aktywnie współdziałały, żeby Park Mużakowski stał się miejscem przyjaźni, wypoczynku,  relaksu przy kawie,  znakomitym posiłku,  na rowerach,  spacerach, leżakach i ławkach. Wśród pięknych kwiatów i smukłych  różnorodnych drzew.

Po polskiej stronie stworzono absolutnie wyjątkowe  ścieżki geoturystyczne, po zalanej kopalni Babina.


Takie rzeczy widziałam koło Leeds, gdzie Margaret Thatcher zatopiła dawne kopalnie po historycznych strajkach górników angielskich i stworzyła parki rozrywki.  Węgiel brunatny tworzył się po cofnięciu  lodowca skandynawskiego, a jeziora,  z powodu rozmaitych minerałów, są mirażem kolorów. To antropogeniczne cuda. Odsłaniają czasami dawną kopalnię, co wyglądało jak horror.

Największy zbiornik nazywa się Afryka, bo przypomina kształt kontynentu.  Pośród jezior stoi wieża widokowa.

Dopisała nam boska pogoda. Zaczynały się upały. Wokół parku prowadzą dobrze wytyczone ścieżki spacerowe i rowerowe, geologiczne cuda są prosto opisane w trzech językach. Ławki zachęcają do odpoczynku i wsłuchania się w głosy natury.



Na rower siadłam po trzech latach, mam zwichnięte kolano i bałam się jeździć, żeby przypadkiem nie skoczyć na chorą nogę.  Tutaj są płaskie tereny, doskonałe ścieżki, nie bałyśmy się jeździć wśród lasów nawet, gdy zabłądziłyśmy z Matyldą. Bo drogę wskazywali nam żołnierzy pogranicznicy na mostach Nysy Łużyckiej.

Gdzie widzieliście już kontrole drogowe w strefie Schengen?

A i jeszcze kot Freddy, który jest bardzo ważny w rodzinie i ma również swoje wygody. Woli jeść z talerza. Ale musi być na smyczy😡