Moja lista blogów

wtorek, 27 stycznia 2026

Góry Świętokrzyskie są właściwie niskie, szary mech porasta, zbocza kamieniste...

 Zimowa wycieczka na Święty Krzyż czyli  na  szczyt Łysej Góry to doświadczenie, które łączy w sobie surowość natury z zaskakującym wyciszeniem, a jednocześnie  pojawiającym się przedwiecznym strachem przed czarownicami i strzygami, czyli nieszczęściami życia, gdy jesteśmy zależni od nieprzewidywalnej natury. 

Na wycieczkę wybrały się cztery koleżanki. Wszystkie urodzone w tym regionie, byłyśmy karmione od dzieciństwa w każdej sali polonistycznej takim cytatem Żeromskiego, pisarza urodzonego w ziemi kieleckiej "puszcza królewska, książęca, biskupia, świętokrzyska, chłopska ma zostać na wieki wieków jako las nietykalny, siedlisko, bożyszcze,  po którym święty jeleń chodzi jako ucieczka anachoretów,/pustelnik/ wielki oddech ziemi i żywa pieśń wieczności. Puszcza jest niczyja, nie moja ani twoja, a ani nasza, jeno boża święta."

Wędrówka Drogą Królewską z Nowej Słupi zimą smakuje inaczej niż o jakiejkolwiek innej porze roku. Jest pusto, cicho i czuje się moc  Mroźne powietrze sprawia, że każdy oddech staje się bardziej świadomy, a skrzypienie śniegu pod butami, to jedyny dźwięk przecinający leśną ciszę. Kiedy szlaki spowija śnieg,   wszystko zastyga pod białą czapą, góry naprawdę nabierają niemal mistycznego charakteru. Wyglądałyśmy jadąc po drodze  oszronionych drzew, ale w Puszczy Jodłowej na Łysej Górze dopiero się objawiły.  Na dole tylko strasznie wiało.


Przyjechałyśmy do Nowej Słupi już przed 11:00 i czarownice z Łysej Góry hasające w tych rejonach bezkarnie przygnały mroźne wietrzysko. Zdążyłyśmy się przywitać z Emerykiem, z księciem węgierskim zastygłym tutaj i zaklętym od wieków.


Legenda głosi, że posuwa się na Świętą Górę co ziarnko maku. Gdy dojdzie,  to koniec świata rychły. Miałyśmy zamiar poruszać się trochę szybciej, toż to tylko 50 minutowy spacer.  

Nagle strasznie  zawiało, przymarzło lodem na trasie, to gdzież byśmy  miały odwagę ruszyć dalej i zdobywać tą karkołomną drogą  Łysą Górę. My cztery eleganckie panie, w tym jedna bez czapki. Ona od razu bezpiecznie została w samochodzie.  Zawróciłyśmy i podjechałyśmy od strony Szklanej Góry, gdzie samochodem zajeżdża się pod sam klasztor. Porządku bycia on-line pilnuje wielki maszt radiowo-telewizyjny i pewnie też osławione 5G. Pogoda niewiele się zmieniła. Wiało i zacinało w twarz małymi kryształkami lodu. Beatka zamiast czapki dostała mój szalik.

Pustka wokół miejsc w lecie wypełnionych szczelnie turystami, sprawiała zadziwiające wrażenie. Choćby film Lśnienie. Jak najszybciej potrafiłyśmy, ślizgając się po zamarzniętej grudach,  doszłyśmy zwiedzić klasztor. To święte miejsce od wieków, wybudowane jeszcze przez Bolesława Chrobrego w 1006 roku, słowiańskimi tradycjami na górze.  Potem i tak nie uchroniło od okrutnych Tatarów, Szwedów, Rosjan, i Niemców.

Wizyta w sanktuarium na Świętym Krzyżu to naprawdę głębokie przeżycie duchowe i historyczne.  Majestatyczne mury klasztoru misjonarzy Oblatów, krypty księcia Wiśniowieckiego oraz bogata historia opactwa  sprzyjają wyciszeniu, refleksji  oraz poszukiwaniu siły w całym tym zgiełku świata. Dwie nasze koleżanki po wielu latach mieszkania za granicą wróciły do Polski. Nasze czułe i bardzo wzajemne rozmowy o życiu były pięknym uzupełnieniem tych różnych refleksji.

Sanktuarium jest najstarszym miejscem kultu w Polsce i najważniejszym zabytkiem regionu. To miejsce, gdzie przeszłość spotyka się z teraźniejszością. Maszt czuwa nad nami.😀


Przepiękna barokowa Kaplica Oleśnickich to miejsce przechowywania Relikwii Drzewa Krzyża Świętego.



Zimą, gdy turystów jest znacznie mniej łatwiej o chwilę autentycznej kontemplacji. Surowe mury klasztoru otulone mgłą lub przykryte śniegiem emanują spokojem, który trwa tu od stuleci.

To miejsce zmusza do rozważań- patrząc na wiekowy kompleks uświadamiamy sobie trwałość wiary i historii w zderzeniu z ulotnością ludzkiego życia.  Naszej słabości, nawet w momencie tego przenikliwego  zimna. Bo na szczęście nic gorszego nam się nie wydarzyło. Ludzie tu mieszkający doświadczyli przez wieki straszliwych tragedii i upokorzeń.


Dobrze udokumentowany jest rozdział ostatniej wojny i losy radzieckich jeńców umierających w męczarniach- głodzonych na śmierć przez gestapowców. Okoliczna ludność, chociaż pod groźbą śmierci, jednak pomagała biednym jeńcom wojennym i również zaznała niesłychanych dramatów. Skomplikowane wojenne losy trzech różnych rodzin z tych rejonów- chłopskiej, inteligenckiej i ziemiańskiej  z ogromną uczciwością reporterską opisał w książce Długi dzień świętej góry Andrzej Nowak- Arczewski/ o prywatnie mój brat/.

Nawet trafił nam się  przemiły  zakonnik-przewodnik, bo jakaś grupa harcerska się pojawiła. Zaprosił nas do wspólnego zwiedzania.  Widzieliśmy gotyckie książki przepisywane przez mnichów- benedyktynów, tu powstawał najstarszy zabytek języka polskiego Kazania Świętokrzyskie.  Imię Róży  nam się objawiło w pamięci, a chłód i gotyckie meble i portyki sprzyjały wyobraźni.



A potem już do kawiarni na górę, na herbatę, kawę, ciastko i grzańca bezalkoholowego oraz zakupy różnych ziół i herbat.  Nie rozsiadałyśmy się za długo, bo jeszcze czekał nas mały spacer, żeby zobaczyć najukochańszy widok na klasztor, gdy podchodzi się pod Łysą Górę. 

Nadal  strasznie wiało, nie dało się zejść niżej, żeby podziwiać widok w całości. 

Nagrodzone zdjęcie z konkursie ogłoszonym przez klasztor.  Piękne wystawy podziwialiśmy w krużgankach.

Podjechałyśmy pod taras widokowy. Zejście po żelaznym, śliskim tarasie to lekcja cierpliwości, ale już jej nie miałyśmy ze strachu przez poślizgnięciem. Doszłyśmy tylko do pierwszego poziomu. Zmarznięte bloki skalne, które latem są chaotyczną kupą wielkich kamieni, pod śniegiem tworzą harmonijną białą płaszczyznę.  Chociaż teraz zasłaniały nam drzewa, bo nie zeszłyśmy niżej, to i tak często przypomina  mi się wierszyk z dzieciństwa, „Góry Świętokrzyskie są właściwie niskie szary mech porasta zbocza kamieniste”. I cytat „w uszach moich trwa szum twój lesie dzieciństwa i młodości”. 

Jesteśmy na wysokości 595 m.


Żelazny taras widokowy

W podstawówce z okazji omawiania lektury Syzyfowe prace brałam udział w konkursie recytatorskim na recytację fragmentów książki oraz innych dzieł pisarza. Nauczycielka dużo serca oddała nam w te lekcje. Na mnie to skutecznie zadziałało i potem też w liceum. Zachwycałam się wtedy Żeromskim, chociaż innych nudził, oprócz może powieści Dziejów grzechu, która był czytany ukradkiem.

Zbliża się powoli pora obiadu. Zjechałyśmy do Szklanej Góry, w lecie niemiłosiernie oblężonej przez rodziny z dziećmi z powodu różnych  atrakcji. Najpierw podjechałyśmy pod hotel Jodłowy Dwór, który świetność swoją rozpoczął jeszcze pod koniec lat 70. Niestety nie zrewiatalizował się, chociaż wnętrza mają niebanalny charakter i po pewnym liftingu z pewnością hotel cieszyłby się większą popularnością. Dzisiaj restauracja była nieczynną, ale  hotel otwarty.


Zjechałyśmy kawałek niżej, do restauracji w podobnym stylu sąsiadującej z osadą średniowieczną o  podwójnej nazwie Karczma- izba dobrego smaku.

Osada średniowieczna



Karczma dobrego smaku. Pasiaki świętokrzyskie i szydełkowanie.

I zgoda,  smak był znakomity. Zalewajka świętokrzyska-  ich specialite de la maison- wszystkim nam smakowała. Kontynuowałyśmy nasze zasłuchanie i zapatrzenie w siebie, rozmowy o życiu i plany na nieodległą przyszłość. Beatka z  dwóch placków z sosem grzybowym zrobiła dwa dania, bo drugi placek potraktowała jako deser z cukrem. Ja moją zalewajką zagryzałam kanapką z ciecierzycą. We dwie z Jadzią raczyłyśmy się też doskonałym grzańcem.

W drodze powrotnej nadal  zachwycałyśmy się wspaniałymi zimowymi widokami. Oj, dawno nie było takiej zimy. Wspaniały czas z koleżankami.

Czy macie jakieś ulubione miejsca w swoim regionie i tam często jeździcie? 

A moje Góry Świętokrzyskie znacie? Planuję w maju zorganizować tu małe spotkanie blogerskie, mam wspaniałe miejsce na nocleg, ale szczegóły napiszę pewnie w marcu.

 

 

 

 



sobota, 24 stycznia 2026

Florida "on my mind- just an old sweet song".

 Ogłaszałam wszem i wobec  w październiku na FB i IG  o 20. rocznicy poznania mojego Gospodarza. Szampan wypito  tylko w Gryfowie😁Teraz czas na pierwszy wspólny wyjazd na Florydę. Również wielkie dwa zero temu. Nie powiem, że jakby wczoraj, bo tyle się wydarzyło w ciągu tych lat, że może jakby podwójnie. Tylko ja wiecznie młoda👍👏 trochę młodsza od tego samochodu. Trzeba by liczyć do końca XX wieku😁 Post miał być na drugim -wspomnieniowym blogu, ale się pomyliłam.

Moją "wyspą zaczarowaną" w wędrówce po Stanach Zjednoczonych stała się Key West. Jeszcze na trzy tygodnie przed wyjazdem na spotkaniu z moimi koleżankami "wiedźmami"/ te co wiedzą/  nie miałam jednak pojęcia, gdzie znajduje się jakieś Key West, gdzieś na Florydzie. To karaibski raj na terenie USA. Mój  wtedy boy-friend, pracownik RPM Nautical Foundation zabrał mnie w podróż drogą odkrywców skarbów zatopionych statków, niestrudzonych i wiecznych podróżników. Przecież nie wiedział, że wychowałam się na Szklarskim, Fiedlerze, Nienackim, a  Verne, Kipling, Jack London to beztroskie moje dzieciństwo. Ten szalony fantasta zabrał mnie w podróż, gdzie każdy dzień był przeniesieniem w świat moich dawnych marzeń. 

Kim odpoczywa  zadowolony😀

Wyjechałam jeszcze z mroźnej Polski, jakby teraz, a wylądowałam w raju. Najpierw w Miami, a potem   katamaranem z Naples  na Key West w 3.5 godziny. Chyba z kapitanem Nemo przeszklonym statkiem oglądałam morskie głębie i bogactwo ekosystemu raf koralowych z obfitością ryb, meduz, ślimaków, krabów, morskich żółwi i delfinów oraz niezwykłej roślinności. Wspomniane organizmy w wodzie i na pomnikach, fontannach, galeriach sztuki.

Z Melem Fisherem odkrywałam fortuny z zatopionych statków, a towarzyszył mi również Asa F. Tift, najbogatszy w 1856 roku master wrecker/ poszukiwacz wraków/. Amerykanie uwielbiają historię jak żywą, a więc muzea są pełne woskowych figur, albo przewodnicy- aktorzy odgrywają swoje historyczne role z autentycznymi rekwizytami wspomagani przez współczesne audio-wideo i lasery. To naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza, gdy pod koniec zwiedzania mój romantyczny pirat kupuje mi biżuterię z zatopionych statków...w sklepie z pamiątkami. 

Key West najbardziej na południe wysunięty punkt USA , 90 mil od Kuby. To od ponad 40 lat The Conch Republic. Utożsamia wolny pełen relaksu hedonistyczny styl życia, jak ten ślimak, którego ogromna muszla queen conch jest symbolem republiki.
Bohaterem wyspy jest również Henry Flagler, który w 1905 roku był jednym z najbogatszych ludzi świata. Mając 75 lat zaanonsował Amerykanom, że wybuduje kolej w morze, które połączy Miami i wyspy Floryda Keys aż do Key West.  Ok. 300 km. Wszyscy znacząco popuakali się w głowy, ale marzenie przemysłowego magnata się spełniło i 8 lat później w 1912 roku otwarto ósmy cud świata podczas największych uroczystości w historii Florydy. Był to olbrzymi triumf i kulminacja legendarnej kariery Henry'ego Flaglera. W jego hotelu The Breakers w Palm Beach urządzonym w bizantyjsko-imperialnym przepychem doznawałam  wtedy prawdziwego culture shock.
A teraz przejdziemy się na ulice  wyspy Key West, która ma 6km długości i 3 km szerokości Tam   kontemplujemy skupisko najczarowniejszej architektury świata, wiktoriańsko-hiszpańsko-śródziemnomorskiej o jedynym w swoim rodzaju kolonialnym stylu.

 Jego cechą charakterystyczną są jasne pastelowe kolory, kolumienki, okiennice, balkony, wyrafinowane okna, arabeski, koronkowe kraty, łuki zakamarki z rozłożonymi hamakami wśród bajecznej sub -tropikalnej przyrody. 

Wyspę do 1815 roku posiadali Hiszpanię, a następnie za 2000 dolarów sprzedano ją amerykańskiemu finansiście w barze przy winie. Zaczął się wtedy wreckers paradise raj dla poszukiwaczy skarbów zatopionych statków.

Główna ulica Duval Street rozciąga się od Zatoki Meksykańskiej do Atlantyku. Promenada tak piękna, że dech zapiera. Czy dniem czy nocą jest pełna ludzi, tłumy przelewają się w jedną i w drugą stronę.
Na żadnej innej ulicy nie ma tylu galerii sztuk, klubów muzycznych, restauracji, barów, knajpek, sklepów i sklepików. 

Ten eklektyzm żywego muzeum czarownej architektury i współczesnego próżnego życia emocjami dławi człowieka w gardle. Z rozedrganego tłumu można wejść w zacisze patia klubów i usłyszeć najpiękniejsze wykonanie Summer time.

Gdy w ogródkach wewnętrznych dziedzińców, wśród rajskiej przyrody o północy w temperaturze 27 stopni i w miłym towarzystwie wypijesz kilka lampek wina przy kolacji, można poczuć zadowolenie. Świadkiem tego  będzie tropikalna przyroda i zaklęte w swojej urodzie majestatyczne piękne domostwa dawnych właścicieli Key West. Niestrudzonych odkrywców skarbów i sybarytów minionych epok. 
Tam w latach 30. mieszkał Ernest Hemingway ze swoją drugą żoną i regularnie upijał się w  słynnym barze Sloppy Joe`s Bar. Potem przeprowadził się na Kubę, a jego żona została tam do swojej śmierci. Dom jest obecnie muzeum. Zdjęcia domu znajdę.



Najstarszy dom na Key West z  ok. 1850 r.

W środku baru dużo zdjęć pisarza i ryb, które złowił.

Dużo Polaków mieszka na Key West  czym byłam zaskoczona. W księgarniach popularne są poradniki Jak porzucić wyścig szczurów i zamieszkać w raju. Nic dziwnego, że Ernest Hemingway i Tennesse Williams napisali tam najlepsze swoje dzieła. To naprawdę inspirujący raj.

A teraz w moim województwie są ferie zimowe, a ja dostaję pozdrowienia z całego świata i w różnych językach, bo o to proszę moich uczniów. Są na Seszelach, Egipcie, Tajlandii, Dominikanie, jak również w Alpach,  Tatrach i Arłamowie w Bieszczadach. Chętnie by tam zostali internowani😀. A ja w Górach  Świętokrzyskich👍💓

Gdzie byliście najdalej od kraju? Przypomniało mi się powiedzenie  I miss you to the moon and back.tęsknię za toba tak bardzo jak do księżyca i z powrotem💓 Czy będąc daleko tęskniliście za domem?

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Filharmoniczne derby Kielc i Radomia.

   Z dedykacją dla  prawie krajana Lech

Czy wiecie, że w dawnym województwie kieleckim do roku 1975, gdy było jeszcze 17 województw, znajdowały się Radom i Sandomierz ?  To chyba tylko ludzie tutaj mieszkający pamiętają dawne animozje między Radomiem a Kielcami. Sandomierz nie lubił Tarnobrzegu z rzeszowskiego. Potem powstały nowe województwa, radomskie i tarnobrzeskie. A Sandomierz, takie historyczne, królewskie miasto dużo stracił na rzecz siarkowego Tarnobrzegu. Obecnie Radom jest w województwie mazowieckim, Sandomierz w świętokrzyskim, a Tarnobrzeg  w podkarpackim.

Jestem przekonana, że podobne animozje mały miejsce w wielu województwach, albo nadal występują. Czy coś pamiętacie na ten temat? 

Pierwszy raz mi się tak ciekawie złożyło, że dzień po dniu byłam w Kielcach i Radomiu na koncertach filharmonicznych.  Ściśle mówiąc Radom ma orkiestrę kameralną, w skrócie ROK.

Swego czasu, a już dawno temu, do tych miast jeździłam  na wagary, żeby nas nikt nie poznawał. W Kielcach  spacerowało  się deptakiem na ulicy Sienkiewicza, a w Radomiu Żeromskiego. Obydwa wspomniane miasta mają też te ulice na odwrót. Bo na przykład obecna,  bardzo nowoczesna siedziba filharmonii kieleckiej mieści się na ulicy Żeromskiego 12, a w Radomiu przy Żeromskiego 53. Ulica Sienkiewicza w Radomiu to zabytkowe secesyjne kamienice i Bazylika NMP.

Historia filharmonii w Kielcach sięga roku 1920, kiedy to rozpoczęła działalność orkiestra symfoniczna stworzona na bazie orkiestry dętej 4 pułku Piechoty Legionów. Po wojnie aż 22 jej członków weszło w skład wojewódzkiej orkiestry symfonicznej, która zainaugurowała swój sezon już w 1945 roku. A potem się potoczyło. Powstał też stuosobowy chór Echo. Orkiestra występowała w różnych kieleckich salach koncertowych. Aż w roku 2012 znalazła stałą siedzibę w Międzynarodowym Centrum Kultur  przy ul. Żeromskiego 12 i dostała nazwę Filharmonia Świętokrzyska im. Oskara Kolberga. 


Natomiast Radomska Orkiestra Kameralna, która nawiązuje do tradycji orkiestry symfonicznej działającej w Radomiu od 1953 roku, powstała w 2007 roku jako instytucja kultury miasta i występuje w sali koncertowej na dziedzińcu Pałacu Sandomierskiego. Pałac pochodzi z 1827 roku, natomiast budynek  sali koncertowej z 1964. ROK  ma16 etatowych muzyków.

Pałac Sandomierski z lewej strony.

Tak  pisarze regionu kieleckiego Sienkiewicz i Żeromski łączą oba miasta.👍😀 Łączą pewnie całą Polskę.

Koncert symfoniczny Przeboje mistrzów, który podziwiałam odbył się 16 stycznia w  Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach i przedstawił nam najwybitniejsze  dzieła klasyki. Dostarczył  emocji na najwyższym poziomie artystycznym. 

Repertuar został dobrany tak, aby ukazać pełnię możliwości kieleckiej orkiestry symfonicznej poprzez utwory trzech gigantów muzyki.  Najpierw W.A. Mozart- Uwertura do opery Cosi fan tutte. Lekkie i precyzyjne otwarcie, które wprowadziło nas w klasyczny nastrój. 

Sergiusz Rachmaninow- Rapsodia na temat Paganiniego. Gwiazdą wieczoru była pianistka Beata Bilińska, której interpretacja 24 wariacji zachwyciła nienaganną techniką i głębokim ciepłym dźwiękiem. Artystka z sukcesem oddała zarówno wirtuozowski rozmach jaki liryzm słynnej 18. wariacji. 

W przerwie koncertu odbyły się wernisaże dwóch wystaw, co nadało wieczorowi wielowymiarowy charakter: „Jedno serce – tysiące barw” – zbiorowa wystawa prac studentów Instytutu Sztuk Wizualnych UJK w Kielcach  oraz „Ponidziańskie pejzaże” – wystawa fotografii Piotra Walerona.  Prace oglądaliśmy na trzech poziomach.  Nogi się rozchodziły.😀

L.van Beethoven- V Symfonia c-moll  to finał koncertu w postaci ikonicznego motywu losu. Orkiestra pod batutą Jacka Rogali zaprezentowała potężne brzmienie i dramatyzm spotykając się z entuzjastycznym przyjęciem.  Słuchanie  V Symfonii wywołuje bardzo silne refleksje. Słynny motyw czterech dźwięków jako „los pukający  do drzwi” przypomina o ludzkich możliwościach. Refleksja często dotyczy tego jak osobiste dramaty zmieniamy w triumf, co było bezpośrednim odniesieniem postępującej głuchoty kompozytora. Symfonia pokazuje drogę „od mroku do światła” z c-moll do C-dur. Słuchacz doświadcza przejścia od niepokoju i walki w pierwszej części, poprzez liryczne wytchnienie, aż po euforyczne zwycięstwo w finale. Jak nasze życie. Tyle myśli kłębiło się w głowie. Mimo upływu ponad 200 lat energia tego utworu pozostaje nowoczesna. Tu widać geniusz kompozytora, słuchając utworu czułam cząstką ludzkiej kultury. Stwierdzę górnolotnie.
A tu z pewnością zarządzam fotografem.

Koncert Karnawał z Rokiem oglądałam  17 stycznia w Radomiu. Główną gwiazdą wieczoru był światowej sławy wiolonczelista László Fenyö, którego gra  była  mistrzowska i głęboko poruszająca. Pod batutą charyzmatycznego dyrygenta Jurka Dybała orkiestra zaprezentowała odważny program łączący tradycję z nowoczesnością.

Były to utwory Enjotta Schneidera Solamita, Święte tańce, utwór na wiolonczelę i orkiestrę, który wprowadził słuchaczy w mistyczny nastrój. Oraz  Aulisa  Sallinena  Nocne tańce Don Kichota-  z kolei kompozycja pełna muzycznych kontrastów. 

Mnie bardziej podobała się druga część -Astor  Piazzolla Cztery pory roku w Buenos Aires, jako podróż przez duszę argentyńskiego tanga, gdzie geniusz Vivaldiego był też słyszalny. Również jazz, ale przede wszystkim energetyczne, a czasami melancholijne tango. To  był fascynujący dialog między barokową Europą, a  20-wieczną Argentyną.

Moje ulubione zdjęcia w lustrze.

Koncert udowodnił, że karnawał w filharmonii nie musi opierać się wyłącznie na popularnych walcach Straussa. Dzięki wysokiemu poziomowi artystycznemu wiolonczelisty, który należy do światowej elity muzyków, otrzymaliśmy wieczór pełen artystycznej świeżości. Sala była wypełniona 👍👏

 Oba koncerty były znakomite, chociaż trudno porównywać, bo zupełnie inna muzyka. Jednakże muszę w tym muzycznym derby głównych miast dawnego województwa kieleckiego dać zwycięstwo Kielcom. Słuchanie V symfonii Beethovena  na żywo to moje najwspanialsze muzyczne doświadczenie.  Nawet Penderecki zachwycał się akustyką w kieleckiej filharmonii.

Spacer w zimowym anturażu obydwu miast i w towarzystwie miłych koleżanek był jednakowo cudowny. Również z Honorowym Obywatelem Radomia- Leszkiem Kołakowskim na kawie można przysiąść. Też na  ulicy Żeromskiego przy Placu Konstytucji.


Oczywiście ulica Żeromskiego w Radomiu👍
Pomnik w głębi. Korona na lampie z herbu Kielc.


Plac Wolności, gdzie kiedyś przybyła "Kadrówka" z Piłsudskim.

Żeby nie było podsumowania o moim nieczęstym chodzeniu do filharmonii czy teatru, to przypomnę wspomnienie sprzed lat opera, z kolejną dedykacją dla Lecha i Guciamal, bo tam jest jej komentarz😀

Może podzielicie się swoimi wspomnieniami związanymi z filharmonią?