Moja lista blogów

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Bałkańskie losy w Polsce.

 Pomieszkując na Dolnym Śląsku  nieraz moje myśli kierują się do wędrówki ludów jaka miała miejsce  tutaj po wojnie. Zwłaszcza, że w przestrzeni publicznej, na głównych placach, dworcach, muzeach często pojawiają się archiwalne czarno-białe zdjęcia z przeszłości. Mój anglosaski Gospodarz woli niemieckie nazwy, bo może ich przynajmniej wymówić. W mijający weekend w sąsiednich miejscowościach, w odległości ok. 20 km ode mnie- Nowogrodziec,- Mierzwin– Bolesławice odbyła się cudowna festa– Festiwal Kultury Południa Europy.

 Ktoś by spytał, a skąd tu taka Festa?  Po wojnie na te ziemie przybyli reemigranci polscy z byłej Jugosławii, którzy wyemigrowali tam jeszcze za czasów Austro-Węgier, a głównie pochodzili wtedy z Galicji.  Dlatego nazywano ich tutaj Galicjoki lub Jugosłowianie. Bardzo mnie to dziwiło, gdy nie znałam tej historii.


A jeszcze oryginalniejsza  etnicznie grupa przybyła potem z Macedonii Północnej d i Grecji. Kto czytał trylogię grecką Siembiedy, ten rozumie te zawiłe powojenne losy. I dlaczego Zgorzelec był nazywany kiedyś Małymi Atenami.  Pewnie jak wszyscy, utożsamiacie Macedonię z Grecją,  Macedonia Północna czy Egejska, to ganz egal,  a to są jeszcze tereny słowiańskie i  kiedyś była  to republika jugosłowiańska. 

Kocioł Bałkański jest niezrozumiały nawet dla Europy. Sama byłam lekko zdziwiona, gdy usłyszałam jak  członkowie zespołu  Bojmija KLIK rozmawiają między sobą, jakbym słyszała mój ulubiony z młodości serbsko-chorwacki.

W sobotę zorganizowałam sobie wychodne od opieki nad Gospodarzem i trochę zaznałam tych "szaleństw," o których wspomniałam w poprzednim poście. I od razu  kawaler do wzięcia.😀

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaserwowała wam trochę historii w związku z tą imprezą. Znalazłam wspomnienie sprzed 10 lat, gdy w teatrze im. Modrzejewskiej w Legnicy i  w Macedońskim Teatrze Narodowym w Skopje wystawiono spektakl Roberta Urbańskiego i Jacka Głomba pt. Przerwana odyseja.

O dzieciach z Macedonii i spektaklu  wzruszająco pisała w Gazecie Wyborczej/Wrocław  Magda Piekarska.  Pozwalam sobie na zacytowanie. Zastosowałam skróty.

"My na całe życie pozostaliśmy dziećmi, tymi, które w 1948 roku wyrwano z rodzinnych domów i wysłano w nieznane - mówią Macedończycy, bohaterowie spektaklu. Do granicy odprowadziły je matki. Żegnał je głośny ich płacz. I obietnice 'majek', że wkrótce będą razem.

Rodziny bohaterów tej opowieści pochodziły z Macedonii Egejskiej, regionu, który znalazł się w granicach Grecji w 1913 roku - przedtem te tereny należały do Imperium Osmańskiego. W latach dwudziestych nastąpiła tu wymiana ludności - Turcy wyjechali, na ich miejscu pojawili się Grecy. Ale Macedończycy pozostali. Urzędową decyzją zmieniono im nazwiska, a używanie języka macedońskiego zostało oficjalnie zakazane. Słowiańskie nazwy wiosek i miasteczek również zamieniono na greckie.

Kiedy w 1946 roku w Grecji wybuchła wojna domowa, po stronie komunistów zaangażowało się w nią wielu Macedończyków z pokolenia moich rodziców - opowiada Grigorij Popowski, urodzony w Płakowicach pod Lwówkiem dziennikarz i tłumacz. Jest synem partyzanta i jednej z majek. 

W "Przerwanej odysei" dramaturg Robert Urbański i reżyser Jacek Głomb opowiadają historię, w której mogą się odnaleźć tysiące dzieci z terenów Macedonii Egejskiej, które w 1948 roku zostały odebrane rodzinom i wywiezione do Polski, Rumunii, Węgier, ówczesnych NRD i Czechosłowacji. Exodus dotknął 28 tys. greckich i macedońskich dzieci. 3,5 tys. z nich trafiło do Polski, połowa to Macedończycy. Straszono, że komunistów mają wybić napalmem.

Ich przyjazd był objęty tajemnicą - kiedy statek z uchodźcami na pokładzie przybijał do portu w Świnoujściu, na jedną dobę wysiedlono wszystkich mieszkańców najbliższej okolicy.

Jednak o ile Grecy mieli po latach szansę powrotu do domu, większość Macedończyków ją straciła - dla tych, którzy urodzili się na terenie Grecji i nie zdecydowali się na przyjęcie greckiego obywatelstwa, granica była zamknięta. A istnienia Macedonii, kraju obejmującego region należący przez lata do Jugosławii, greckie władze  z trudem  dopiero niedawno uznali, to jest Republika Północnej Macedonii.

Mito Alexiou, bohater filmu "Macedończyk" w reżyserii swojego syna Petra Aleksowskiego, mieszkał w Polsce od 1948 roku. W Polsce Macedończykom zmieniano nazwiska na polsko brzmiące.

Opowiada Dimitra Karczycka, profesor matematyki -Nasze dzieciństwo zostało tak brutalnie przerwane, że myśmy tak naprawdę nigdy nie dorośli. Przez naszą rodzinną wioskę w 1948 roku przechodził front i albo partyzanci byli u nas, albo się właśnie wycofywali - opowiada. - Dlatego rodzice zgodzili się oddać mnie i mojego brata. Nikt nie myślał o długiej rozłące. Mieli nas wywieźć na dwa-trzy miesiące do Albanii. 

Polska zawsze będzie miała dla prof. Karczyckiej smak bułki z masłem i zapach świeżo wypranej pościeli. Miła odmiana po Rumunii, gdzie do jedzenia była tylko mamałyga. Polska pozwoliła jej też odzyskać imię i nazwisko. - Bo w Rumunii byliśmy tylko numerami - tłumaczy. I dała wykształcenie. - To był najważniejszy i najlepszy okres w życiu, bo zanim tu przyjechaliśmy, myśmy nie znali nic, oprócz wojny. Tych dziesięciu lat w Polsce nie oddałabym za całe moje życie.

Po maturze  zdała Dimitra na wydział łączności na Politechnice Wrocławskiej - spośród trzystu przyjętych była piąta na liście. I wtedy, podczas wakacji, przyszła wiadomość, że 16 sierpnia mają się stawić w Szczecinie i wracać do Jugosławii w ramach akcji łączenia rodzin.

Byłam zrozpaczona, jakby mnie ktoś chciał wyrwać z korzeniami z mojego życia. Przecież ja prawie nie znałam macedońskiego!

Spakowała do kuferka  zeszyty z matematyki, fizyki i chemii. I pojechała. W Skopje czekała matka: - Nie poznała mnie - myślała, że będę wciąż małą dziewczynką, jak dawniej. Rozpłakałam się. Potem trafiliśmy do maleńkiego mieszkania, pokoik z kuchnią, gdzie żyliśmy wszyscy na kupie, całą rodziną, dziesięć osób. Myślami wciąż byłam w Polsce. Koniec końców uratowała mnie matematyka. Ona angażuje całą uwagę, sprawia, że zapomina się o wszystkim. Ale to, kim jestem dzisiaj, zawdzięczam przede wszystkim Polsce.

 Inny bohater, Listo skończył liceum we Wrocławiu, w Warszawie studiował ekonomię polityczną. A potem przez kilka lat pracował w państwowej komisji cen .Ożenił się w Polsce z Macedonką poznaną na weselu u przyjaciół. I nie planował wracać, do czasu, aż dzieci podrosły. Na wieść, że jadą do Macedonii, skakały z radości, dopóki nie usłyszały, że wyjeżdżają na zawsze.

Wtedy nastąpił bunt: "Jak to? Przecież my jesteśmy Polakami". No i zrozumiałem, że muszę wracać, żeby im uświadomić, kim są naprawdę.

Wyruszyli 23 listopada 1975 roku, z trójką dzieci, samochodem z przyczepą kempingową. W Skopje zatrzymali się u siostry, tej, która jako nastolatka wstąpiła do partyzantki. Ojciec Lista został w Grecji - zmarł tam w 1986 roku. Pojechali na pogrzeb do Macedonii Egejskiej, a tam cała rodzina  już mówiła po grecku. Zdziwiony  powiedział przecież jesteśmy Macedończykami, dlaczego mówicie po grecku?

 Opowiada Wasilka: W pewnym mieście na Północy świata zamieszkała macedońska rodzina. Zostawiła za sobą ojczyznę: Macedonię Egejską zniszczoną przez wojnę, rozpoczęła nowe życie.  Uciekając babcia zabrała ze sobą dwa talary z prawdziwego złota. Starczyło, żeby umeblować całe mieszkanie. i na wiana dla córek. Rodzice Wasilki byli partyzantami - Tam się poznali. I razem trafili do Polski. Z wyspy Wolin,  skierowano ich do Lądka, stamtąd do Wrocławia i w końcu do Legnicy.

Mieszkali tam całą rodziną - tata, mama, trzy córki, dwie babcie, stryjenka z dzieckiem, ciocia. Rodzice pracowali w Milanie, ojciec był miejskim radnym. - A babcie zawsze powtarzały: "Nie zapomnijcie, że jesteście Macedonkami" - wspomina Wasilka. - Tata codziennie kazał nam czytać po dziesięć stron po macedońsku. Nie rozumiałam tego: "Po co, przecież ja w Polsce już na zawsze zostanę" - myślałam.

Kiedy w 1967 roku rodzice postanowili wyjechać do Jugosławii, trzy siostry płakały całymi dniami - Bo w Legnicy miałyśmy cały świat! - tłumaczy Wasilka. - Tutaj każdy był skądś - moje koleżanki to były Polki, Żydówki, Ukrainki, Greczynki. No i miasto, najpiękniejsze na świecie.

Wyjazd do Skopje nie był powrotem - droga do Macedonii Egejskiej była wtedy dla nich zamknięta.  Dzieciństwo Wasilki mieszka w języku - opowiada mi swoją historię czystą polszczyzną, chociaż w Skopje mieszka od 1967 roku."

Rozmawiałam z wieloma osobami,  potomkami dawnych sąsiadów tych małych dzieci, którzy kiedyś przybyły na Dolny Śląsk, kontynuujących tradycje w zespołach ludowych.



Polska, wtedy tak bardzo zrujnowana po wojnie, z ogromnymi problemami na  tzw. Ziemiach Odzyskanych, ale potrafiła  okazać gorące serca i prawdziwy humanitaryzm. Zorganizowała opiekę dla kilku tysięcy dzieci. Chociaż Macedończycy zostali w pewien sposób wynarodowieni, ale ich potomkowie mają w końcu swoje państwo. Niedawno ludność pochodzenia greckiego została uznana jako mniejszość narodowa w naszym kraju.

Z Macedończykami z zespołu Bojmija

Festiwal i spotkania z ludźmi zostaną  w moim sercu na zawsze.  Szczególnie "oświadczyny"  przystojniaka z Igliki i urocze fotografki. KLIK 

 Pewnie wybiorę się do Macedonii Północnej. Dostałam mnóstwo ulotek💓💖💗


piątek, 5 czerwca 2026

Kamienne tablice w w melancholijnej pamięci.

 Kilka ostatnich wieczorów spędziłam na lekturze dawnego egzotycznego romansu Wojciecha Żukrowskiego Kamienne tablice,


a potem konfrontowałam  moje studenckie wspomnienia  z wyprawy do Indii z seansem filmowym wg książki. Również oglądałam już  ten film kiedyś.

Pamiętam, że nie podobał mi się Krzysztof Chamiec w roli głównego bohatera i nadal podtrzymuję tę opinię.  Młoda Laura Łącz zgrabnie odnalazła się w roli. Parę rozbieranych scen bardzo przyciągały  kinową publiczność roku 1983. Rozjaśniły ponure lata pogrudniowe, chociaż w mojej pamięci film Ewy i Czesława Petelskich jawił   się propagandowo jak mi   się wydaje.  Zamiana na polskie realia Poznańskiego Czerwca zamiast Wydarzeń na Węgrzech  w 1956 roku nie przeszkadzała mi. Książkę odnalazłam na bookcrossingu na dworcu kolejowym we Wrocławiu w kawiarence Stacja Dialogu.
Półeczka na ścianie, moje bagaże i kawa z deserem.


Z perspektywy lat widzę Indie i wszystkie inne moje dalekie podróże  jako egzotyczny mit młodości. 

Nie wybrałabym się teraz  do Indii, o nie. To nadal, pomimo skoku cywilizacyjnego kraj ogromnych kontrastów, trudnych, nierzadko dramatycznych wyborów moralnych i bolesnego zderzenia kultur. Pewnie pamiętacie film Gandhi  czy Slumdog- milioner z ulicy.

Ale złudzenia młodości są  wzruszającym powrotem do dawnych marzeń o podróżach. Czuję się  bardzo uprzywilejowana, że mogłam zobaczyć trochę egzotycznego świata za młodu, gdy nie przeszkadzały mi  hotele kategorii V, insekty na ścianach i biegające myszki. Człowiek spał jak zabity w swoim śpiworze ukryty łącznie z głową.  Kiedyś Indie były magnetyczną barwną przygodą i obietnicą wolności.  Powszechne palenie haszu  w cieniu hinduskich czy buddyjskich świątyń było takie ekscytujące.  Recytacje Upaniszadów w muzeach, obserwacje tłumu, soczysta przyroda z okien pociągu i cały świat  podziwiający erotyczne figury w Khajuraho, a potem jeszcze Nepal. To była przygoda👍

Dziś, po lekturze i seansie, dostrzegam drugie dno tamtych dni – samotność, polityczne uwikłanie bohaterów i cenę, jaką płaci się za porzucenie ideałów. Film oczywiście upraszczał wszystko. Nowa wersja  mogłaby być ciekawa.

 Film i książka jaskrawo przypominają o nierównościach, z którymi mierzą się tam kobiety – od ograniczeń społecznych po aranżowane małżeństwa i rygorystyczne obyczaje. Choć Indie dynamicznie się zmieniają, fundamenty patriarchatu wciąż bywają tam głęboko zakorzenione.

 Tytułowe tablice to metafora wyborów moralnych, przed którymi staje każdy z nas. Z perspektywy czasu widzę, że Indie  i tak nie nauczyły mnie pokory wobec życia, ale  pasji do buddyzmu, jogi i w ogóle pozaeuropejskich kultur.

W młodości powieść  jawiła się  dla mnie jako romantyczna i polityczna historia o walce z systemem, w której namiętność usprawiedliwia zdrady i życiowe rozkłady. Oczami dojrzałej kobiety książka odsłania przede wszystkim gorzką ocenę życiowych kompromisów, w tym oczekiwań wobec relacji i odpowiedzialności . Zupełnie inaczej osądzam dawne fascynacje – bohaterowie jawią się jako zagubieni, a ich "wielkie namiętności" okazują się przede wszystkim bolesną ucieczką, ratunkiem przed pustką w obcym kraju. Sama byłam kiedyś tego realnym przykładem. Gdy mój japoński inżynier skończył kontrakt w hucie, po prostu wyjechał, wrócił do swoich tradycji, gdzie ślub z gaijinką/ obcokrajowiec/ był niemożliwy. Chociaż jestem przekonana, że nigdy mnie nie zapomniał.  Teraz, gdy mam pieniądze na podróż do Japonii, nie pojadę tam, bo mi się po prostu nie chce.  Za daleko. Doskonały  przykład dziadzienia😁.

Tytułowe tablice nawiązują  też do dekalogu, a Dekalog Kieślowskiego jest ostatnio ciągle przywoływany. Z wiekiem lepiej rozumiemy, że wierność sobie i swoim wartościom bywa trudniejsza niż uleganie  modzie czy oczekiwaniom otoczenia.  Sama obecnie opiekuję się od kilku miesięcy  poważnie chorym mężem, chociaż mogłabym zatrudnić opiekunkę i wyjechać. Bo nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy  razem  dłużej niż  dwa miesiące i mogę łatwo przypomnieć sobie wiele  wcześniejszych zastrzeżeń wobec niego.  Jednak taka myśl nawet nie przeszła mi przez głowę.

 Przy okazji obserwuję jak system pomaga rodzinie dotkniętej  terminalną chorobą nowotworową   Jak ciężko dostać  domową opiekę hospicyjną, jak dobrze mieć pieniądze na starość, to główny wniosek. Są też pozytywy, darmowe wózki inwalidzkie i niektóre leki, dopłaty do różnych urządzeń,  pieluch, opieka pielęgniarki środowiskowej, lekarskie wizyty domowe. Bardzo szybka ścieżka na oddział onkologiczny. Czekaliśmy dosłownie tydzień.

 Ja już przeżyłam  własne burze, tragizmy i życiowe uwikłania.  Pomimo wszystko mam nadal apetyt na pewne szaleństwa,  wierzę, że mi się jeszcze przydarzą.

Czytałam książkę z ogromną przyjemnością.  Oderwałam się od mojej smutnej rzeczywistości. Cudowne, bardzo plastyczne, prawie  dźwiękowe opisy przyrody, zabytków, posiłków przenosiły mnie w tamten odległy świat.  A film, zatłoczone ulice Delhi, Fatehpur Sikri, Agry to już orgazm w locie.  Film kręcono na początku lat 80., gdy ja tam byłam. Bez problemu mógł być też rok 1956 jak w książce.

Czytaliście kiedyś tę książkę, miała kiedyś 14 wznowień. Pamiętacie ten film?  Dużo kiedyś pisano o autorze. Ma też niechlubną kartę, ale jego niektóre książki i scenariusze filmowe mają wartość.

 A na koniec  moje wiejskie scenki.



Kwiaty z pól, a maków bardzo mało. I gałązki z ołtarzy.

Mała procesja z wielowiekowego kościółka.. 


wtorek, 19 maja 2026

Z wizytą u francuskiego prezydenta...

   Dla Urszuli, która niedawno podróżowała do Francji i lubi pisać o historii. Nie wszystkie swoje wakacje na południu miałam kiedyś czas opisać.

 Nasz polski prezydent ma letnią rezydencję na Helu, a prezydenci  Francji mają rezydencję, nie tylko letnią, w Forcie Bregancon w regionie Provence-Alpes-Cote d`Azur, departamencie Var, gminie Bormes -les -Mimosas.
Rezydencją się stała z dekretu prezydenta Charles`a de Gaulle`a w 1968r.  A pomysł narodził się w czasie obchodów 20. rocznicy debarquement – lądowania aliantów w Prowansji, kiedy to Generał dużo czasu spędzał w tym miejscu, często wracał i potrzebny był taki obiekt do szczególnego traktowania głowy państwa.
Bardzo ciepło w tych rejonach jest  wspominany Jacques Chirac, który ze swoja żoną Bernardette przyjeżdżał  tu bardzo często, a w niedzielę stale widywano go w kościele w Bormes-les-Mimosas.
Tu prezydent Georges Pompidou
Fort Bregancon ma bardzo długą historię, sięgającą czasów rzymskich z nazwą Briganconia oznaczającą wysokość.  Później zostawili tu ślady Saraceni, zanim opanowali ich książęta Prowansji. Fort należał  też do rodu Andegawenow/ Anjou/, miał „romans” z papieżami w Avignon. W XV w. stał się fortecą królewską, kiedy trwał spór o sukcesję do tronu francuskiego z książętami Prowansji.

W XVI w. Fort Bregancon  stał się bastionem protestantyzmu, uległ  oblężeniu  w 1578 r. i dzielni obrońcy zostali zmasakrowani przez armie katolików. Następnie zamkiem władali baronowie i markizowie mianowani przez kolejnych królów.

Kardynał Richelieu w czasie wojny 30-letniej z Hiszpanią  też przyczynił się do znacznego rozwoju Fortu i jego kształt pochodzi z tamtych czasów.

    Nadeszły czasy krwawej Rewolucji, załoga fortu broniła najpierw rojalistów, uległa Klubowi Jakobinów. Potem, za czasów Cesarstwa Fort kontynuował tradycje rojalistyczne. 

Tu przypomina mi się nasz stary subiekt z „Lalki”- Ignacy Rzecki i jego miłość do Napoleona i jego ery. 

Fort odegrał też znaczącą rolę  w czasie wojny francusko-pruskiej w 1870r. Niemcy nawet próbowali zdobywać  go w czasie I wojny światowej. A w najnowszej historii alianci w Operacji Dragon lądowali  15. sierpnia 1944 na pobliskich plażach, między Toulonem a Cannes. Ja też tu byłam około 15 sierpnia.

To tak krótko o historii tej imponującej budowli. Zamek ma w najwyższym miejscu  25 m i jest oflankowany dwoma potężnymi wieżami.

Spędziliśmy cały dzień na plaży w Bregancon tamtego roku sprzed lat. Ja to nawet nie lubię tak leżeć bezczynnie na plaży i się smażyć. Chodziłam wzdłuż wybrzeża i rozmyślałam. I tak w ostatnich latach mam jedną natrętną myśl. Zawsze nad morzem płakać mi się chce, że nigdy nie byliśmy tam  z całą rodziną, gdy córki były  małe.  Ta różnica między nimi pięciu lat była czasami przeszkodą.


Na ogół podróżowaliśmy na południe Polski, do Rzeszowa, w Bieszczady lub do   Rabki.  Potem córki jeździły  na różne kolonie. Mieliśmy bardzo fajne  nauczycielskie oferty na początku lat 90., też za granicę.  I nie lubię   tych wszystkich zamków z piasku i rodzin z dziećmi. A teraz z wnuczętami też nie da się zebrać całego towarzystwa razem. I nie będzie mi dane  bawić się ze wszystkimi. Zawsze oddzielnie, jak kiedyś.
Chociaż tu razem jesteśmy, dwie córki i dwie wnuczki, chociaż Kuby nie widzę.

Myślałam też o historii.  Tak mi szkoda naszego kraju, że został nieszczęśliwie  okaleczony i zniszczony przez historię, i gdzie się nam równać do luksusów Lazurowego Wybrzeża? Mamy  ładną naturę,  ale nigdy już nie stworzymy historycznego piękna w postaci architektury, urokliwych miejskich zaułków, kamieniczek, kościołów, ukrytych dziedzińców za murkiem, zaklętych w czasie swojego istnienia. Na szczęście niektóre miejskie rewitalizacje  oddają ducha dawnych czasów.  Ponadto, jak porównać wybrzeże Bałtyku z  rozdartymi zatokami M. Śródziemnego, a gdzie fiordy Casis? Ale klify mamy👍 Tak, stwórca pobłogosławił  „kaloryfer Europy” w każdy możliwy sposób. 

Bardzo było miło na plaży popatrzeć na kobiety w topless, i nie dziwię się mężczyznom, że ten sposób opalania im się podoba , bo mnie też. Takie naturalne piękno pomaga w akceptacji swojego biustu, bo właśnie jest taki, jaki powinien być.


piątek, 8 maja 2026

Historia jednej działalności. Alicja i Piotr. Magda i Dominika.

 Tekst napisany w tamtym roku, ale tak zeszło z publikacją.  Zdjęć mi się nie chciało szukać. A teraz czas na podsumowania.

 Ich wspólna przyszłość rozpoczęła się w latach 80. w szarym robotniczym mieście średniej wielkości. W ponurych pogrudniowych latach.  On czytał Czarodziejską Górę, a  ona Wielkie nadzieje,  a razem czytali Księżycową dolinę.  I drzemały w nich różne demony, oj nigdy nie byli prostoduszni  i grzeczni, pomimo wielkich humanistycznych lektur.

   Dopiero lata 90. i następujące potem milenijne były dla nich łaskawsze. Wreszcie doceniono ich humanistyczno- językowe wykształcenie i zaczęli godnie zarabiać. Obudzili się z letargu. Przestali uczyć historii, wuefu, WOS-u, czy lekcji bibliotecznych,  żeby uzupełnić etat.  Prawie od razu w latach 1990-1991 wprowadzono do szkół podstawowych język zachodnie,  a do szkół średnich jako pierwszy i  drugi język.  Podniesiono pensje,  godziny języków zachodnich  czekały  w różnych szkołach, również i wyższych, które masowo powstawały od połowy lat 90., bo do wyższych uczelni  wchodziło powoli  pokolenie wyżu  lat 80.

Sznur  zachodnich samochodów sunął do Polski zza niemieckiej granicy. Mnożyły się dokumenty do tłumaczenia.  Piotr,  mgr germanistyki  pieczątkę tłumacza przysięgłego  dostał   od ręki. I zaczął tłumaczyć przez następne 15 lat aż do swojej nagłej śmierci.  Tłumaczył wszystko, bo facet był zdolny. Łącznie z angielskim i holenderskim.  Z holenderskiego, to głównie dowody rejestracyjne.  Miał też pieczątkę tłumacza języka technicznego, które to kwalifikacje dostał jeszcze w latach 80. Pracował również  w szkole. Magiczna nazwa „ działalność gospodarcza” jeszcze tak niewiele  mówiła, a tzw. podatki wręcz przerażały. Wolność gospodarcza wchodziła na polskie rynki, ale nie mieliśmy księgowych, które wiedziałyby co jest grane. Chodziło się wtedy do Urzędu Skarbowego, który mieścił się gdzieś w małych pokoikach w zasobach urzędu miejskiego i  kolega Rysiek zapisywał  w zeszycie jakieś cyferki. Bo Biuro Tłumaczeń założyli od razu w 1990roku.  Pisało się odręcznie, a potem zdobyli skądś maszynę do pisania. Rodzice z Rzeszowa chyba przywieźli.  Gdzieś się ogłaszali z adresem, bo przecież nie mieli jeszcze  wtedy telefonu stacjonarnego! Ciągle ktoś pukał do drzwi, a druga córka urodzona w 1989 roku była jeszcze mała. Poniżej, nie uwierzycie, ale ten szyld jest nadal na ich starym bloku. Nawet po modernizacji budynku😀 szyld zawiesili z powrotem. Jak ghost sign.

Alicja nie lubiła siedzieć w domu, bo oprócz pracy w szkole, zajęła się „bywaniem” czyli  pomocą w  nawiązywaniu  bliźniaczej współpracy z angielskim miastem Scunthorpe oraz duńskim okręgiem Arhus. Lubiła robić spektakularne imprezy, rozpoczęła obchody walentynek, halloween, Guy Fawkes Day,  święta Dziękczynienia itd. Chętnie spotykała się z anglosaskimi nauczycielami Korpusu Pokoju, którzy wtedy zaczęli przyjeżdżać do Polski. Organizowała targi podręczników angielskich, żeby nie tylko English is fun, ale również Discovery na początek. Pisała na temat pomysłowych lekcji do Języków obcych  w szkole.

W 1994 roku Alicja zdobyła główną nagrodę Europejskiego Komitetu Miast Bliźniaczych z okazji otwarcia Eurotunelu pod kanałem La Manche./ na 100 nadesłanych projektów było 6 laureatów/ Stała się pierwszą  „ celebrytką” swojego miasta. Uczestniczyła w  wielkich uroczystościach z  okazji otwarcia Eurotunelu  wspólnie z królową Elżbietą II   i europejskimi  przywódcami tamtych czasów oraz  znanymi artystami. High- life w pełnym tego słowa znaczeniu.  Wielkie nadzieje urzędu miejskiego. Napisała  wydawałoby się prosty projekt dla szkolnych  dzieci pt. Picture dictionary. Ale wtedy to była nowość, szczególnie dla polskich dzieci. Taka szkolna wymiana uczniowskich książeczek, dotycząca ich życia, domu, rodziny, szkoły, przyjaciół.    Klasa uczestnicząca w projekcie  dostała kamerę filmową i dużo  szkolnych materiałów.  Ponad 30 lat temu  na zaproszenie Alicji szkołę odwiedzili przedstawiciele ambasady brytyjskiej,  świętowali   szkolne walentynki. Dzieci również były potem w Alei Róż 1 i spotkały się z Ambasadorem tego kraju. Ale się działo.

Rok potem w 1995 roku Alicja i Piotr założyli szkołę językową, która z miejsca odniosła ogromny sukces, jak na tamte czasy i dla nauczycielskich portfeli.  Kupili sobie elegancki  bordowy samochodzik opel  kadett, wyremontowali swoje3-pokojowe mieszkanie. Takie wtedy mieli marzenia.  W kolejnym roku postanowili zwolnić się z pracy w szkole państwowej. Takie to były początki, a potem poszło z górki.  Piotr jeździł do Niemiec i sprowadzał z handlarzami samochody i traktory, handlował czym się da i z Aldiego przywoził dzieciom  nie tylko czekolady.  Tak rozwijał  polski kapitalizm, może razem z  Zygmuntem Solorzem, bo w tym samym wieku byli.😀

Natomiast  Alicja współpracowała z Marion, przewodniczącą  Komitetu Miast Bliźniaczych w angielskim mieście Scunthorpe, która  w kolejnych latach wysłała do niej dwóch angielskich nauczycieli, Johna Robinsona i Paula Wilsona.

Z angielskim nauczycielem / w krawacie/, rok 2002

Z Doris z Liverpoolu- nauczycielką Korpusu Pokoju, jej plakaty z The Beatles są nadal w szkole,   byli też Christine, John i David ze Scunthorpe Borough Council i Scunthorpe Telegraph,  którzy regularnie zapraszali ją do UK, skąd dostawała mnóstwo materiałów i książek. Jeszcze był  Peter z Manchesteru i Max z z Londynu, którzy nauczali w naszej lokalnej hucie.  Uczyli się razem zawodu.  Jim z Pensylwanii wysyłał amerykańskie pamiątki. 

A potem świat przyśpieszył, za 2-3 lata już mieli komputery i telefony komórkowe. W pierwszych milenijnych latach nauka języka angielskiego była prawie taśmowa. Duże grupy, rano i po południu, dzieci i dorośli.  Na niemieckim,  francuskim  i włoskim było mniej osób, ale  to również była satysfakcjonująca praca.  Szkoła organizowała wycieczki do Londynu, wymiany szkolne i rodzinne oraz kolonie językowe. A u siebie różne szkolne angielskie festiwale i konkursy.  To oni wprowadzali Ostrowiec do Europy👏👍 Wszyscy wspominają ich słynną wycieczkę do Londynu w pamiętnych dniach referendum w 2003 roku.

Wycieczki zazwyczaj były w czerwcu, gdy w Londynie organizowano Urodziny Królowej.

Nauczycielki w Londynie. 2008

Następna dekada, rozpoczęła się  wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej. Do Londynu  na wycieczki już lataliśmy samolotami.  Zaczął się powszechny exodus Polaków do UK, potem do innych europejskich krajów. Najpierw wszyscy pilnie uczyli się języków obcych, a potem, gdy zorientowali się, że  zachodni pracodawcy  są bardzo uczciwi,  pomocni, przyjacielscy  i człowiek radzi sobie bez języka, to  zaprzestano takiej zmasowanej nauki.  Ponadto pojawiły się powszechne darmowe  tzw. kursy unijne.

 Pojawiła się też  inna klientela. Bardziej elitarna. Na szeroką skalę  zaczęli się uczyć pracownicy zakładów pracy sprzedanych   firmom zachodnim. W tym hutniczym mieście i okolicach  było ich  kilka, z czego najmilej wspominają   Hutę Celsę, BOC Gazy, Cementownię Ożarów  oraz Agranę- Vallo Saft.

Konwersacje dla dorosłych

Nagle umiera  Piotr, współwłaściciel szkoły,  a dzieci pary po maturze wyjeżdżają za granicę.  Chcą się uczyć  języka angielskiego w realu. Taka przygoda. Po paru latach wracają, kończą studia.  Pojawia się kolejne pokolenie rodziny Klusów.

Alicja i Magda, rok 2009

Zaczyna się trzecia dekada istnienia  szkoły.  Trwa jak opoka. Chociaż Alicja, jak inni Polacy, kursuje między UK, Francją, Maltą,  a nawet USA, gdzie pracuje jej drugi mąż i ona  też czasami tam dorabia.  Wtedy w szkole   godnie zastępują ją córki, Magda i Dominika. Oprócz angielskiego mają sporo zajęć z języka niemieckiego, głównie dla wyjeżdżających i licealistów. Język rosyjski dla biznesmanów cieszy się dużą popularnością, szkolna native-speakerka z Białorusi jest niezastąpiona. Pomagali Ukraińcom na początku wojny. 

Nauczycielki i uczniowie, rok 2017

Obecnie główną  klientelę stanowią   młodsze dzieci, o których najbardziej na świecie dbają swoi młodzi rodzice. Uczą ich  państwo Barstow, szkolni native speakerzy.  Dla nastolatków specjalna oferta,  tzw.tailor-made lessons  i przeważnie  na zajęciach indywidualnych, bo z  powodu wielu „korków” nie mogą dopasować się w grupie. Dorośli też bardzo zajęci, najchętniej uczą się one to one.  Dla wszystkich  musi  to być język  „szyty na miarę”. Pandemia  nie zaszkodziła szkole. Wręcz przeciwnie.  Nawet pomogła z powodu rządowych funduszy.  Ponadto  poza  dwoma miesiącami zamknięcia,   wszyscy potem chcieli przychodzić  i uczyć się face to face , a nie on-line. 

Z „naszymi” Anglikami  szkoła kontynuuje upowszechnianie języka, również poprzez warsztaty językowe,  konkursy, festiwale, dni otwarte.  Tłumaczą wiele dokumentów. Polacy za granicą to już prawowici mieszkańcy.  Biorą śluby, kupują domy, rodzą się  dzieci, są wypadki, rozwody, przestępstwa, też zgony.  Wyjście UK z UE ograniczyło angielskie tłumaczenia na szeroką skalę. Już  pojawiają się weterani  z zagranicznymi  emeryturami. Rozmawiamy z bankami, pracodawcami, sądami, firmami.

 Minęło 30 lat istnienia szkoły językowej, a biura tłumaczeń już 35. Ta sama lokalizacja od zawsze. Jesteśmy dumni z siebie.  Pracuje z nami zaufana grupa nauczycieli i tłumaczy,  niektórzy od 30 lat.  Jesteśmy  językową  rodziną.

Wnuczka Matylda z koleżanką. Może kolejna do objęcia szkoły?

Do kolejnego języka obcego doszła nam matematyka, najpopularniejsze ‘korki” współczesnej młodzieży.

Oczywiście Alicja to porte-parole piszącej te słowa, jak słusznie się  domyślacie.  Znajomość  języków obcych stała się  oknem szeroko otwartym na świat dla wielu pokoleń Polaków rozsianych po całym świecie.  I jaka to przyjemność rozumieć wszystkie kultowe angielskie  piosenki, też francuskie, włoskie, hiszpańskie, a nawet niemieckie i rosyjskie.  Imagine, it`s easy if you try, come Italiano vero, besame mucho  a la vie, a l`amour, a nos nuits, a nos jours.. verstehen?


czwartek, 30 kwietnia 2026

Mój dolnośląski czas kwitnienia

 Kwitnące drzewa to jeden z najpiękniejszych, a zarazem najbardziej melancholijnych symboli. Ten krótki moment w roku  staje się naturalnym lustrem dla moich rozmyślań. Mam urodziny 2 maja i zawsze tego roku towarzyszą mi podobne refleksje. Ale żeby aż tak tego roku? Pewnie dlatego, że  kolejny miesiąc przebywam na wsi ,  choćby Wiśniowy sad dookoła. A widziałam kiedyś  sztukę w teatrze, gdzie były prawdziwe drzewa.

Patrzę na obsypaną kwiatami wiśnię czy jabłoń,  i po raz kolejny uświadamiam sobie ten przyrodniczy cud  Dla kobiety to też metafora własnej dojrzałości. Kwitnienie nie trwa wiecznie – płatki opadają, by ustąpić miejsca owocom. To  podobno uczy akceptacji, że każdy etap życia ma swój unikalny blask, którego nie da się zatrzymać, ale można go w pełni przeżyć. Z trudem przychodzi mi ta akceptacja, zwłaszcza, gdy patrzę na powolne odchodzenie mojego Gospodarza.

Drzewa mają ten przywilej, że kwitną co roku. My, ludzie, poruszamy się bardziej liniowo. Kolejna wiosna  też mi  przypomina  "To już 14 rok w Polsce mojego Gospodarza" A w szpitalu pytają: to nie nauczyła pani męża polskiego? My go nauczymy, mówią wesoło pielęgniarki. Mają swoje sztuczki.

 W ogrodzie. Kolejny rok przyszli do nas ci sami ogrodnicy, Patryk z Markiem Obcinają naderwane gałęzie po zimie, koszą wszystko dokładnie, zabierają zeschnięte poprzednie pory roku w gałązkach i liściach oraz innych odpadach.  Układają drewno, tną na kawałki.  Wszystko porządkują. Pracują we dwóch prawie cztery godziny. Z jaką przyjemnością chodzę teraz po moim swojskim ogrodzie.

Nie jest wytworny, ale ma róże, rododendrony, piwonie i inne dawne kwiaty.  Rośnie sam. Prócz paru doniczek. Dosypuję kory, trochę jeszcze grabię i zastanawiam się, gdzie teraz posadzić pelargonie.

W relacji z czasem i z tym kwitnieniem powinnam  już rozumieć pewne symbole, no raczej, jak mówią moje córki, ale ja wolę poczytać poezję. W wiejskiej bibliotece mam spory wybór klasyki. Skamandryci lubowali się w  temacie wiosny. 

 Majowe  owocowe drzewa wymuszają jednak krótkie zatrzymanie. Wiemy, że za tydzień ich już nie będzie. To brutalne, ale i uzdrawiające przypomnienie, by nie odkładać zachwytu na później. W kontekście upływu czasu, ta refleksja zachęca docenić obecną chwilę.  Za niedługo wszystko może się zmienić. Zdarzało mi się nieraz przeżyć dwie wiosny w jednym roku, gdy gdzieś pojechałam trochę dalej na południe w kwietniu, a potem wróciłam w maju do Polski. Fajne to było uczucie. Pierwszy raz to zdarzyło mi się z Węgrami.

Przed kościołem sw. Franciszka z Asyżu.

Moje wnuczki są kwitnące w swoich komunijnych sukienkach, w tamtym roku Ewa, w tym Matylda, ale nie pojadę na jej uroczystość.

 Miasteczka. Codziennie na zmianę jeżdżę do sąsiednich miasteczek– Gryfów , Lwówek. Lubań z dopiskiem Śląski, i Olszyna. To moje sąsiednie miejscowości.  Najbardziej lubię jeździć do Lwówka, jest najlepsza droga. 12 km. Wstępuję do urzędów, biedronek, lidlów, kościołów, muzeów, bibliotek. Tutaj jednak utrzymały się  pamiątki po piastowskim pochodzeniu, o którym ciągle przypominano w dawniejszych czasach , gdy była mowa o Ziemiach Odzyskanych. Pierwsza Wojna zostawiła krwawe żniwo, jak we Francji i pomniki  ofiar teraz pięknie odrestaurowane. Fontanny jako ślady dawnych studni też mają swoją ciekawą historię.

Fontanna z Czaplą przy lwóweckich Plantach z 1913 roku

W tych małych miasteczkach od pięciu do dwudziestu  tysięcy mieszkańców widać cywilizacyjny postęp  XVIII i XIX wieku. Historyczność tych miast mogę tylko porównać ze znanym mi dobrze Sandomierzem. 
Klasztor Franciszkanów, dawny szpital i  szkoła.

Są, zamki, mury obronne, baszty, imponujące ratusze, ktoś musiał dobrze zarządzać, kościoły, dawne pałace, kamienice, zbiory muzealne.  Są przytulne kawiarenki i restauracje. Jest spokój. Daleko stąd do zatłoczonej Szklarskiej i Karpacza./45 km/

A nikomu z mojego województwa nie chce się tu do mnie przyjechać na majówkę, za daleko-mówią. Córki zajęte swoim życiem i obowiązkami.  W wakacje mają tylko wolny czas, najlepiej wtedy dzieci podrzucić. Jestem szczęśliwa, że potrafiłam tak dobrze zakorzenić się tutaj i mieć nowych oddanych przyjaciół. To oni pomagają mi w trudnych chwilach.

 Mam tu nową misję.  Poczucie bycia potrzebną. To moje „owocowanie” po kwitnięciu. Realizuję też po laicku i trochę z przymusu nową pasję czyli ogrodnictwo.  Bycie twórczą w nowy sposób skutecznie leczy nostalgię za tym, co było, która we mnie jest stale obecna. Z book-crossingu wzięłam raz  Kamienne tablice, dawny hit  Żukrowskiego. Opisy tak fotograficznie przypominają mi moją studencką wyprawę do Indii.

Nie przejmuje się zmarszczkami, bo wiem że i tak dobrze wyglądam👍👏👐

Lwówek.
Mam w sobie entuzjazm i   jednak zgodę na to, że świat jest zmienny. Mam też jeszcze marzenia. Pozwalam sobie na chwilę smutku nad tym, co bezpowrotnie minęło  Bo Gospodarz już nie pojedzie z Matyldą kamperem, ale cooperem, to tak.  Na kolejną kroplówkę immunoterapii.  Ale kamper zostanie z Matyldą w Gałęziówka  Freddy the cat też.  Chociaż takie pocieszenie na kontynuację czyjegoś życia.

Tymczasem  w ubiegły weekend Matylda była w Londynie z mamą i  przybranym tatą– maratończykiem.

Życie to ciągle wakacje, taka była reklama Comercial Union. na początku lat 90.  Rzeczywiście czuję się tutaj jak na wakacjach. Pomimo opiekuńczych obowiązków.

Może zajedziecie do mnie na kawę w trakcie majówkowych podróży? Dom z bratkami zaprasza.




Jakie piękne wspomnienia z czasem kwitnięcia drzew? prócz oczywistej matury😀
Na mnie czekają Sakura.